Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2019

🎄IV BLOGMAS🎄 Historia Śmieszka - nasze szalone święta

🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄

HOŁ HOŁ HOŁ... czas na ostatni Blogmas!

Witam Was serdecznie w czwartym i ostatnim Blogmasie, a tym samym ostatnim wpisie w tym roku. Z jednej strony smutno, z drugiej wesoło, bo przecież świat się nie kończy, a przynajmniej Majowie nic o tym ostatnio w telewizorni nie wspominali. Dzisiejszy wpis, jak widzicie po tytule, nie będzie należał do żadnej z grup, jakie miałam dotychczas (znajdziecie go w ,,śmieszkawych historiach"), ponieważ chciałam tutaj poopowiadać o tym, jak spędziłam ostatnie dni.

To była jakaś szalona gonitwa za wszystkim. Okazało się, że mogłam więcej rzeczy zrobić wcześniej, ale jestem sobą i tego nie ogarnęłam. W planach miałam tyle rzeczy, że bym mogła cały miesiąc na spokojnie tym zapełnić, ale nie, bo jestem sobą. W sobotę spotkałam się z moją chrześniaczką i kupiłam jej prezent, konkretniej dziecięce pianino. 


W niedzielę spotkałam się z przyjaciółką i kolegą. Z nimi też byłam na wakacjach w Bułgarii (KLIK), rozmawialiśmy o tegorocznych wakacjach i planach w restauracji z pysznym szamankiem i świątecznym klimatem. Z przyjaciółką wymieniliśmy się prezentami, a ja również dostałam mocno poryty prezent. Konkretniej pianino łazienkowe. Znaczy siedzisz sobie na sedesie, ciśniesz dwójkę i grasz sobie ,,Panie Janie" - bo ja aktualnie nic więcej nie umiem. No i dostałam też tanecznego ping ponga. Tańczysz, aż wszystkie piłeczki wypadną. Chciałam w to zagrać w święta, ale moja rodzina chyba nie jest aż taka rozrywkowa. Tu chyba przydałaby się zgrzewka piwa. Dostałam też masę skarpet, wina (które już wypiłam), czekoladek przeróżnych... 

Byłam też na dwóch cmentarzach, nie obyło się bez wejścia w gówno. Co udało mi się posprzątać chatę, to ktoś mi wniósł syf. Ogółem ze wszystkim byłam spóźniona, tu trzeba było coś wyprasować, tu mi Mama daje ogórka do pociachania, tu pies chce siku, a potem rzyga na dywan, który trzeba wyczyścić, igły z choinki, które przez rok wbijają się w du#pę. Błoto na dworze, w lampkach baterie się rozładowały, a w sklepach nie mają czekoladowej polewy do sernika. Ciasta mamy tyle, że można się nim rzucać, ale sernik musi jeszcze być. Z czekoladową polewą od course, po którą jechałam 11km.

Wigilijna stylizacja

W końcu usiedliśmy do rodzinnego stołu, chociaż dopiero o 22 przypomniało mi się, że zapomniałam włożyć siano pod obrus. Jeden plus, że później nie musiałam tego sprzątać. Najbardziej chyba nie lubię dzielić się opłatkiem. Jedyne, czego mi życzyli to drugiej połówki, a ja osobiście mam taki mętlik w głowie, że nie chciałabym gadać o tych moich miłosnych problemach, a tym bardziej w wigilię, więc mnie to troszkę zdołowało. W głowie mi siedziała opcja, że może przyjdzie jakiś wędrowiec w wieku 22-27 lat, przystojny, ogolony, a jak nie będzie je@ał wódą, to w sumie przyjmę gościa. Będzie siedział na kanapie, bo przy stole już nie byłoby miejsca (stół tak obstawiony żarciem, jakbym miała całą zmianę z pracy zapraszać) może nawet usiąść mi na kolanach.

Apropo żarcia na wigilię, to osobiście go nienawidzę. Oprócz ciasta jestem w stanie zjeść może z dwa rodzaje ryb... więc aktualnie wolałabym pizzę. Nie wiem co ludzie widzą z połączenia kapuchy i grzyb. W szczególności z kapuchy. Później przyszła siostra z mężem i tą dziwną atmosferę jakby stłumili. I bardzo dobrze. Później już było tylko wesoło, śmiesznie i głośno - czyli tak jak lubię.

Czas na prezenty. U nas w domu robi się losowanie i każdy daje każdemu prezent za wyznaczoną wcześniej kwotę. Ja wylosowałam siostrę, a mnie na przykład mój Tata. Dostałam kamerę i zestaw do samochodu, kosmetyczkę i breloczek. Po prezentach czas na ciasto i przepyszne wino, butelkę chyba wypiłam sama, tak mi jakoś wchodziło.

To moje tegoroczne prezenty od Mikołaja :)


Kolejnego dnia było oglądanie serialów, gra w Jengę i dziwny film. Natomiast w czwartek zasadniczo już miałam dość tych świąt. Piszę w ten dzień właśnie dla Was, oglądałam sobie serial na Netflixie i byłam z psiakiem na długich dwóch spacerach. Później przycupnę do książki i zamówię nowe na stronie EMPiK.

Zawsze mnie irytuje to, że tylko ja się tak przykładam do tej świątecznej atmosfery, że chce aby był ten klimat, a ,,nikomu się nie chce", ale w sumie każda rodzina jest inna i każde świętowanie ma swoje zalety. Ja się mimo wszystko cieszę, że w te święta byliśmy wszyscy razem i nie wyobrażam sobie, by mogło kogoś zabraknąć. Może to nie jest świąteczny klimat rodem z filmów o świętach, ale fajnie się ogląda horror w wigilię, mając w nogach wtulonego psiaka, przytulając się do Mamy i pijąc sobie herbatkę. I chyba w sumie nie chcę, aby było inaczej.

Schodząc z tematu jeszcze ostatnie cztery okienka z kalendarza adwentowego:

Od lewej: żel pod prysznic, lakier do paznokci, tusz do brwi, pomadka do ust


Oraz jego podsumowanie:

Jeśli chodzi o kalendarz marki Yves Rocher z jednej strony jestem miło zaskoczona, a z drugiej strony mam lekki niedosyt. Zacznijmy może od jego wyglądu... na pewno jest cudny, nie zepsuł się, kartoniki podczas otwierania się nie darły. Najważniejsze jest jednak wnętrze. Kalendarz kosztował 220 zł, wyliczając z tego, że dostałam przesyłkę za darmo, a do tego wodę toaletową i płukankę do włosów (TU WPIS O KALENDARZU), więc tak mniej więcej można powiedzieć, że kalendarz kosztował mnie 190 zł, co daje ok 8 zł za pudełko (w moim przypadku, jak ktoś kupował bez zniżek, wyszło mu drożej), biorąc pod uwagę koszt produkcji kalendarza mówimy tu jakoś o 7,50 za okienko.  No to faktycznie nie jest dużo, tym bardziej, że ta marka się nawet ceni. Nie nastawiałam się na kosmetyki do makijażu, bardziej do pielęgnacji i to prawda, bo tych pierwszych było mało. Największym niewypałem były numery 1 i 12. Zaczęli z przytupem... perfumetka, a właściwie próbka perfum. Trzy psiknięcia i koniec produktu. Powiem Wam, że 1 psikałam, żeby powąchać sobie na nadgarstku i już nie ma połowy. Był też pilniczek, ale nawet spoko, bo miał 4 różne warstwy. Minusem też była ilość żeli pod prysznic, mam ich aż 4. To jest moim zdaniem przesada. Jeśli chodzi o jakoś produktów to są fenomenalne. Weźmiesz sobie kapkę żelu i się cały umyjesz, bo tak się pieni, a kładąc się spać czujesz zapach choinki z lasu. Najbardziej się cieszę z dwóch płynów micelarnych, peelingu, balsamu i pomadki do ust z dna 24.

Smaczki z 24 okienka
Kolejny kalendarz, czyli ten dla psa... jedzenie często się powtarzało, zwłaszcza takie groszki, których mój pies nie jadł. Ogólnie zjadała niektóre od razu i chciała jeszcze, a innym razem miała to gdzieś. To chyba takie widzi mi się psa mego. Wszystko ładnie zapakowane, na dzień 24 były zupełnie inne smaczki i więcej. Zjadła wszystko.

A ten czekoladowy był tak niedobry, że zjadłam 2 czekoladki, a reszty nie otwierałam. Więc masakra masakr masakry.

Ale się rozgadałam uuuaaa... no to, żeby nie rozciągać chciałabym Wam życzyć wszystkiego co najlepsze w 2020 roku! Widzimy się w piątek, będzie o postanowieniach noworocznych i podsumowaniach, a później lecimy co piąteczek z nowym wpisem do naszych kategorii, mam pełną głowę nowych pomysłów!

Takim akcentem kończę Blogmas 2019 i zapraszam za rok! A jak Wy spędziliście święta?

Do zobaczenia w przyszłym roku!



Pozdrawiam Kolorowo


Beatrycze
ZAPRASZAM NA POPRZEDNIE BLOGMASY!


PS: A to moja świąteczna wykreślanka:



piątek, 20 grudnia 2019

🎄III BLOGMAS🎄 ,,Kiedyś to było..." - czyli historia o świątecznym rysunku.

🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄

Hoł hoł hoł... czas na trzeci Blogmas!


Witam Was serdecznie w trzecim z czterech  wpisów świątecznych na tym blogu. Mam nadzieje , że będzie fajnie, bo dzisiaj zapraszam Was do mojej historii z dzieciństwa, której nie pamiętam, ale którą co rok przypomina przy Wigilijnym stole moja Matczyna Jednostka. 

Przenieśmy się do czasów, kiedy miałam siedem, osiem lat, czyli jakoś wtedy, gdy Maryla Rodowicz była u szczytu swojej kariery. Ważne w tej historii jest to, że umiałam już jako tako pisać (za to z matmy byłam debil). Klasycznie plecak z pokemonami, któremu często psuły się zamknięcia i regularne niedojadanie kanapek z czerwonego pojemnika. Okres świąt i ostatnie zajęcia przed wolnym czasem, a zasadniczo ostatnia wywiadówka na której głównie poruszano sprawę klasowych Mikołajek, czy jakiejś tam Wigilii. Oczywiście większość naszych zajęć z tamtego okresu była jakimś twórczym mazidłem dopasowywanym pod okres świąt Bożego Narodzenia.

Moja Mama przyszła po wywiadówce i tuż po niej zaczęła się rozglądać na tablicy korkowej, szukając mojego arcydzieła. Rysunki całej klasy były zawieszone, nawet te w ciul brzydkie, ale mojego nie mogła znaleźć. Tematyka rysunku brzmiała ,,Mój stół wigilijny" (dokładnie nie pamiętam, ale dodałam to do fajności tej historii) no i każdy tam napędzlował stół, jakieś potrawy, w tle choinka, wszystkich członków rodziny, lewitującego psa gdzieś w tle, ale mojego rysunku nie było. Moja Mama jakoś się nad tym nie zastanawiała i chciała już sobie pójść do domu, ale w tym momencie zaczepiła ją moja wychowawczyni, która donośnym głosem stwierdziła, że mojego rysunku nie znajdzie na tablicy i zaprosiła ją do siebie.

Już wiadomo co było grane. Przez myśl pewnie jej przychodziła rodzina siedząca przy stole z gołymi cycami, albo jakaś świąteczna draka z płomieniami w tle. Pewnie gdyby to się działo w tych czasach, nauczycielka dostałaby kartkę z ogromnym napisem XD, taki ze mnie śmieszek.

Ale to nic z tych rzeczy...

Mojej Mamie przed oczami ukazał się rysunek kolorowy, w formacie A4, bardzo ładnie narysowany, siedzi sobie rodzinka z Dziadkiem i zasadniczo wszystko by było ładnie prócz małego szczegółu...

na stole nie zobaczyłeś u mnie potraw rodem z Wigilijnego stołu, ale ogromną butelkę (nawet większą od tego stołu), a zamiast talerzy, każdy z uczestników wieczerzy, w tym ja, otrzymał kieliszek. Może całość dałoby się jeszcze jakoś wytłumaczyć, gdyby nie fakt, że na butelce ogromnymi napisami, wychodzącymi poza obręb butli, był napis WÓDKA. O dziwo nawet z Ó kreskowanym. 

Nawet nie chce wiedzieć jak mojej Mamie musiało być wstyd z tego powodu. Od razu podkreślam, że w mojej rodzinie nie pija się wódki na Wigilię (ew. wino wieczorem, ale to też weszło jak już byłam dorosła), ani nie jesteśmy jakąś patologiczną rodziną u której ten trunek jest/był codziennością. Owszem, moi rodzice abstynentami nie byli, ale jak już mówiłam, alkohol jakoś często się u nas nie pojawiał, a tym bardziej w ten wyjątkowy dzień.

Na szczęście nauczycielka bardzo dobrze znała moich rodziców, więc wzięła to z przymrużeniem oka. Ale moja Mama do dziś nie wie co mi strzeliło do głowy i zawsze opowiada o tym wstydzie, jakiego się przeze mnie najadła. Jeden plus z tej historii jest właśnie taki, że nauczycielka właśnie nas znała, czasem przychodziła na kawę, była naszą sąsiadką i wiedziała, że u nas wszystko jest w porządku.

To jest moja śmieszna świąteczna historia, a czy Wy macie takie? Co wspomina się u Was rok po roku w Wigilię? Piszcie śmiało!

A co u mnie?
Klimat świąt coraz bardziej daje się we znaki. Uszczęśliwił mnie fakt, że już od 18 grudnia mam w pracy wolne, czego nie planowałam totalnie, ale mega się cieszę, bo będę mogła poczuć świąteczną atmosferę. Dostałam również od nich paczuszkę ze słodyczami, herbatą, kawą i winkiem.  Już mam większość prezentów, brakuje mi tylko czegoś dla siostry, ale w weekend ogarnę. Jedyne co zauważyłam, że kiepsko u mnie z planowaniem. Miałam fajny harmonogram zrobiony na grudzień i wszystko się posypało na inne dni, niż planowałam. Będę miała nauczkę na kolejne lata, rok temu zrobiłam harmonogram prezentów i też w niczym mi nie pomógł, dzisiaj korzystam z aplikacji ,,My Gift" i jest super. Muszę jeszcze masę rzeczy zrobić przed świętami, a mój super kalendarz nie przewidział, że mam aż tyle wolnego! Ile tam jest nakreślane o ludzkości!




Oglądałam masę świątecznych filmów, aż trudno wymienić. Spotkałam się w przyjaciółką, w weekend widzę się z chrześniaczką, drugą przyjaciółką i może pójdziemy do kina albo coś zjeść, a w poniedziałek muszę jechać do cukierni i na cmentarze, także się dzieje!


Oto moje kalendarzowe zdobycze:
Od lewej: tropikalny żel pod prysznic, kredka do brwi, masełko do ciała, maska do włosów, lekko różowy lakier do paznokci, żelowy krem do twarzy,  zimowy krem do rąk :)


Openingi różnego rodzaju, a także dzisiaj (piątek) na insta jest wrzucony filmik, co było w moich kalendarzach adwentowych, także tam się dzieje, zapraszam -> historiesmieszka

Z racji tego, że widzimy się dopiero w piątek, a Wigilia zaczyna się we wtorek, nie będę robiła dodatkowego postu, lecz napiszę życzenia dla Was tutaj...



W te święta chciałabym Wam życzyć tak od serducha dużo radości z życia. Abyście każdy dzień spędzali tak, jak byście chcieli... wyjątkowo. Żeby wszystkie Wasze marzenia się spełniły, od tych małych, po te duże. Życzę Wam, abyście te świąteczne dni przeżyli wyjątkowo, radośnie, w zdrowiu i w cudownej atmosferze bliskich! Żyjcie kolorowo!

Beatrycze

piątek, 6 grudnia 2019

🎄I BLOGMAS🎄 Co ja gryzmole? - Świąteczne rysunki i witraż.


 🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄

HOŁ HOŁ HOŁ - czas na pierwszy Blogmas 2019!


Licznik wyzerował. Witam Was w pierwszym świątecznym wpisie na moim blogu. Jak już mówiłam, będą to cztery wpisy nawiązujące do naszych kategorii, ale w świątecznym klimacie. Dodatkowo będę opowiadała co tam u mnie i pokazywała moje własne przygotowania do świąt. Tak więc lecimy!



W poprzednim wpisie mówiłam o tym, że chciałam robić filmiki, ale jednak nie zdecydowałam się na to. Próbowałam, ale po prostu mi to nie wychodzi i wygląda sztucznie (tą informacje usunęłam z posta). Jak widać nie nadaje się na vlogera. Ale próbowałam , więc nikt nie może mieć mi za złe.

Dzisiaj przygotowałam Wam dwa świąteczne rysunki. Pierwszy to kula śnieżna, a drugi przedstawia dwa dzwoneczki. Mam nadzieję, że chociaż troszkę Wam się podobają. Za rok narysuje ziemniaka. Albo mielonkę w opakowaniu prezentowym. Mam też witraż, który zrobiłam już jakiś czas temu. Jest niteczka, można zawiesić, ale zawsze spada bo jest ciężki. I nie ukrywam, że poprosiłam Wujka Google, aby mi powiedział, jak napisać poprawnie ,,witraż".






A co u mnie słychać?

Właściwie grudzień nie zaczął się najlepiej. Dokładnie pierwszego dnia, już z rana okazało się, że mój akumulator samochodowy nie chciał ze mną współpracować, wróciłam przed ósmą do domu, zziębnięta i padnięta, a kolejnego dnia znowu do pracy. Na dodatek dwa dni później zaczął mnie niemiłosiernie boleć ząb mądrości, który mi zabrał resztę planów. W poniedziałek zaczęłam stroić dom, właściwie wszystko oprócz choinek (mam dwie). Jedną planuje kupić nową, ale niestety na razie odpada. W kolejny dzień miałam jechać na jarmark do Gdańska, ale przełożyłam na 11. ponieważ ząb dawał o sobie znać i miałam bardzo, ale to bardzo spuchnięte dziąsło.




Również w poniedziałek oglądałam na Netflixie film ,,Święta nie na bogato", który bardzo mi się spodobał i mimo, że jest troszkę sztuczny i przerysowany mogę śmiało polecić. A i jeszcze została kwestia kalendarzy adwentowych. Otwieram codziennie i jak na razie szału ogromnego nie ma, w szczególności ten czekoladowy jest tak okrutnie niedobry, że wyciągam czekoladki i je po prostu wyrzucam. Mogłabym cały kalendarz wyrzucić, ale szkoda świątecznej magii. A szkoda, bo jadam czekolady z tej marki i jest serio smaczna, tania ale dobra. W środę wybrałam się na małe zakupy spożywcze i długi spacer z psiakiem, a we wtorek zrobiłam trochę zakupów na Allegro.  W czwartek i piątek niestety musiałam iść do pracy, ale jeszcze dzisiaj planuje zobaczyć jakiś film. Troszkę szkoda, że nie pojechałam na ten jarmark, ale wiem, że z tym ząbkiem bym się tylko męczyła. Mam nadzieję, że już więcej problemów nie będzie. Trzymajcie za to kciuki, a ja 3mam, żeby i u Was było jak najlepiej!


No, a dzisiaj Mikołajki! Ja dostałam troszkę słodyczy, więc pewnie waga pójdzie do góry :D

No to co, teraz odliczamy do świąt?
Jutro rusza nowy licznik!


Zdobycze kalendarza Yves Rocher od 1 do 6 :)
Perumetka, żel pod prysznic, szampon, pilniczki, płyn micelarny, baza do paznokci.

Wesołych Świąt
życzy Beatrycze





piątek, 29 listopada 2019

,,Kiedyś to było..." czyli historia o kalendarzach adwentowych.

Czołgiem! Tak sobie dzisiaj myślałam i w końcu wymyśliłam do jakiej kategorii włożyć dzisiejszą paplaninę. Jednak chciałabym aby ten wpis był troszkę informacyjny, takie wiecie no, ogłoszenia parafialne, ale żeby nie było nudy chciałabym opowiedzieć Wam historie i w sumie moje przemyślenia na temat kalendarzy adwentowych. Także dzisiaj już troszkę świątecznie będzie.

Jak już wiecie mam ogromnego pierdolca na punkcie świąt Bożego Narodzenia i od małego tak miałam. Wielkanoc, czy inne święta mogłyby dla mnie nie istnieć, nawet w Tłusty Czwartek nie jadam pączków, bo po prostu nie przepadam, jednak miłość do tego właśnie święta nigdy chyba u mnie nie zgaśnie. Wyżej wymieniony pierdolec zaczyna się czasami już we wrześniu, gdy zaczyna się robić chłodniej, a przed nami perspektywa jesieni i dwóch miesięcy w których u mnie w życiu niewiele się dzieje. Wiadomo w te miesiące nie robię nic związanego ze świętami, ale już w głowie roi się od pomysłów dotyczących świątecznych prezentów, czy jakiś tam przygotowań, które i tak zrobię na ostatnią chwilę. 

W takich chwilach już w grudniu zawsze wspomaga mnie jakiś kalendarz adwentowy. Gdy byłam dzieckiem Mama zawsze ze mną robiła i kleiła jakieś tam papierowe, a 6-tego dostałam kalendarz z czekoladkami, bo zasadniczo wtedy innych nie było. Zawsze się cieszyłam, że mogłam zjeść aż sześć czekoladek jednego dnia, później po szkole zawsze zajadałam po jednej, aż w końcu zapominałam o kartoniku i przypominało mi się jakoś w Wigilię. Nigdy nie jadłam wszystkich czekoladek na raz. Chyba byłam jakiś dziwnym dzieckiem.

Chociaż powiem Wam, że najbardziej to ja czekam do tego pierwszego grudnia, kiedy mój pierdolec jest uzasadniony...
KLIKNIJ ABY POWIĘKSZYĆ

Rok temu na mojej starej stronie robiłam kalendarz adwentowy na bloga (KLIKNIJ)-> , który pochłaniał masę czasu, nie tyle co samo zrobienie, jak wykonywanie zadań.  W każdym okienku tego kalendarza było zadanie blogowe, które miałam wykonać i tak każdego dnia. Efekt był taki, że na początku wykonywałam to zadanie z radością, jednak później ze względu na świąteczne obowiązki nie miałam na to czasu i robiłam już to ,,byle jak". Sam pomysł był dobry, ale wyszła z tego straszna papka i nie chcę jej w tym roku powtarzać.

Na ten rok nie będę robiła kalendarza blogowego. Już sami wiecie dlaczego i dzięki temu uniknę całej chałupy w brokacie, psa i sąsiada z dołu. Jednak sama zainwestowałam lekko i kupiłam trzy kalendarze. Zawsze oglądając vlogmasy na YouTube zastanawiałam się, jak to jest, że ich stać na tyle kalendarzy? Ostatnio pewna Pani przyznała się, że wydała aż 12 tysięcy na kupno pięćdziesięciu kalendarzy. Mój pierwszy samochód tyle nie kosztował, nie chwaląc się, że jeżdżę nim po dziś dzień... Mnie na takie atrakcje nie stać, a i chyba bym musiała postawić je wszystkie na balkonie, którego nie mam, albo w ogóle zamieszkać z biedy w kartonie po kalendarzu. Przynajmniej miałabym zamykane okna.


Mój najdroższy kalendarz jaki mam w tym roku i w sumie pierwszy kosmetyczny jest marki Yves Rocher... kupiłam go za jakieś 220 zł na promocji wraz z tymi dodatkami (darmowa przesyłka). Uwielbiam tą markę i chciałabym ją jakoś mocniej poznać. W pakiecie mamy moją ulubioną odżywkę, płukankę octową do włosów i cudowny waniliowy smrodek (zawsze perfumy nazywam smrodkami). Dodatkowo dostaliśmy próbkę kremu na dzień i listki do sprawdzenia suchości mojej skóry.  Mi wyszło, że moja cera jest tłusta. Chyba niepotrzebnie smarowałam się wczoraj margaryną. Tak czy siak mam nadzieję, że nie pożałuje kupna tego kalendarza, bo jest to najdroższy jaki miałam. Ale wygląda cudownie. Codziennie inne pudełeczko. Mam nadzieję, że będzie tam mało pilniczków.




Dwa kolejne są ze słodkościami. Ten z Milki (ok 20zł) jest dla mojej Mamy (zrobiłam jej taki miły prezent), rok temu ja miałam podobny i byłam bardzo zadowolona, ma fajne, duże czekoladki i Biedronkowy z firmy Magnetic za 3,50... ta czekolada jest dobra, a i ja chciałam osłodzić sobie te dni, nie wydając masy pieniędzy, a Mikołaj ze zdjęcia wygląda jak po przechlaniu, więc kusił.




Może jeszcze w najbliższych kilku dniach kupie jakiś kalendarz, ale szczerze w to wątpię. Chociaż może moja wewnętrzna Grażyna upoluje jakieś okazje. 

EDIT W PIĄTUNIO: no i Grażyna upolowała kalendarz adwentowy dla mojej Puszosławy. Z 30 zł za 23...




Wiem, że to troszkę śmieszne, kupowanie kalendarzy dla pieseła, ale nie mam dla niej ostatnio smaczków, więc stwierdziłam, że to jest fajne i ciekawe. Zobaczymy jak się sprawdzi. Mieliście coś takiego?

To by było na tyle o kalendarzach, a ja Was zapraszam na małe ogłoszenia parafialne:

U góry licznik pokazuje, że już w Mikołajki, czyli 6 grudnia zaczynamy Blogmas. Wiem, że dużo osób robi go na blogu, co mnie baaaardzo cieszy, a ja chciałabym przedstawić jak to u mnie będzie wyglądało.

... będzie to seria czterech wpisów, które będą ukazywały się co piątek od 6 grudnia do 27... Będzie to połączenie naszych codziennych tematów ze świątecznym klimatem, który mam nadzieję, że Wam się spodoba.

Musi być śmiesznie.

A czy Wy macie jakieś kalendarze w tym roku? A może robicie dzieciom? Zjadaliście wszystkie czekoladki na raz? Dajcie znać w komentarzu!


Pozdrawiam Kolorowo


Beatrycze