piątek, 24 maja 2019

,,Kiedyś to było..." - czyli historia o różowej Agnes.

Czołgiem! Zastanawiałam się, jak zwykle o czym do Was napisać, a że jest już u mnie wtorek, fajnie by było mieć chociaż jakiś zarys, szkic czy whatever. Tym razem na inspiracje wpadłam słuchając ,,Weź nie pytaj" Domagały. I nie siedziałam na kiblu.


Kiedy byłam mała, w sumie jak każdy z nas, próbowałam znaleźć swoje własne ja w świecie (do dzisiaj nie znalazłam, ale o tym serze innym razem). Grałam w tenisa, pływałam, rysowałam i narzekałam. Te dwa ostatnie jako tako mi wychodziły, natomiast jeśli chodzi o pływanie to brzuchem o brodzik. O tenisie nie wspomnę. A tak w ogóle miałam się pokłócić z sąsiadką z działki, co by mi te piłki zielone oddała... z resztą teraz mam psa i ona je wszystkie aportuje, więc lepiej się gra. 

Zawsze miałam jakieś zacięcie do wyrażania się przez sztukę i te wszystkie rzeczy z nią związane, czy w szkole, czy poza nią były doceniane z różnych stron. Jakoś szło mi pisanie, rysowanie, czy właśnie muzyczne uzdolnienia. Nie licząc śpiewania - wyje jak mieszanka spuszczania wody w toalecie i kozła. Ale z innych rzeczy zawsze byłam dupa. Szczególnie matma, czy nauki ścisłe to jak walić imadłem o ścianę.

No ale cofnijmy się do tematu, bo zaraz zacznę biografię pisać. Dzisiaj będzie o moim zacięciu do instrumentów i o pewnej Agnes, a jakiej, to zobaczycie...


ORGANKI I KUPA ŚMIECHU

Było to masa czasu temu, kiedy Maryla wystąpiła pierwszy raz na sylwestrze. Dostałam od Matczynej Jednostki małe organki. Czerwone. No i postanowiłam zagrać jakąś piękną balladę. Wyszłam na dwór (albo na pole, jak wolicie) i po pierwszych brzmieniach "Ich Troje" (kłamię, tak naprawdę nie pamiętam co tam udawałam, że gram) na organki nasrał mi ptak tak okrutnie, jakby przedtem zjadł talerz grochówki. Tu moja muzyczna kariera na trochę się zakończyła. Była krótka niczym walka Popka z Pudzianem.


KEYBOARD

Moja najstarsza siostra dostała keyboarda na święta. Miałam wtedy może z siedem lat, nie wiem dokładnie, ale pamiętam, że ten prezent bardziej mi się podobał, niż mój własny, chociaż równie drogi. Siostra mnie uczyła grywać proste dźwięki ,,Panie Janie", czy jakieś tam kolędy. Matczyna Jednostka chciała kupić mi osobny instrument, ale siostrze się znudził, więc dostałam po niej. Instrument zmarł, gdy pewnego dnia stojaczek pod nim się zerwał i keyboard spadł na panele. Klawisze wyskoczyły, a nawet jak je się wstawiło z powrotem nie chciał wydać dźwięku. Umarła moja radość, ale i też zapał. Na święta wolałam dostać kamerę, niż nowy sprzęt, także temat się urwał. I kariera się skończyła - Pudzian skóry tanio nie sprzeda.


ELEKTRYCZNE RZĘPOLENIE

Ta sama siostra dostała na inne święta gitarę elektryczną. Ogromny prezent, więc sobie dorabiała, jak mogła, aby dołożyć się do niego, oczywiście rodzice ją wsparli. Całość wyglądała fantastycznie i bardzo pasowała do jej rockowego imagu. Wiecie, glany, czarne ubrania, wytatuowany rękaw... sęk w tym, że siostra grać nie umiała i pozostawiła swoją pasję zaraz po tym, jak urwała jej się jedna struna. Ja miałam oficjalny zakaz tykania gitary, gdy jej nie było w pobliżu, a ona miała zakaz rzępolenia gdy wszyscy są w domu. Strasznie rzępoliła...


FLET NIE TAKI PROSTY

Na muzyce zawsze szło mi dobrze. Pan Profesor, co jak śpiewał pluł tak, że w dwóch pierwszych ławkach nikt nie siedział kazał wybrać sobie instrument, a jak ktoś nie miał musiał się złożyć na klasyczny i ch#$jowy flet prosty. Gitara nie moja, keyboarda nie miałam, miałam tylko okurzoną fujarkę, którą siostra mi z kolonii przytargała. No to musiałam kupić flet.

Szło mi całkiem dobrze, nawet za łatwo. Bardzo szybko uczyłam się nowych piosenek. Pamiętam, że raz nie było mnie w szkole i Pan Plujka kazał się nauczyć grać jakąś tam balladę. Ja uradowana, że umiem, zagrałam przed klasą. Okazało się, że, chociaż rytm to miało, to kompletnie nie było to, co miałam zagrać. Odważyłam się, sama zgłosiłam, a zostałam skrytykowana i postawił mi jedynkę. Trochę niesprawiedliwie, nie uważacie?


BEATRYCZE Z AC/DC *

*brzmi jak jakaś choroba

Odstawiłam instrumenty (o rety, ile ich miałam) na jakiś czas. Później odkupiłam gitarę od siostry. Tak właściwie, to nie odkupiłam, po prostu stała nie używana i zdałoby się, że nikt jej używać nie będzie. Wtedy miałam też szajbę na starą Chylińską, AC DC i chuj wie co jeszcze. Ogólnie pierdolnik i do dzisiaj przepraszam przyjaciół, że musieli się ze mną wtedy trzymać. Wydrukowałam sobie samouczek z takim dinozaurem dla kompletnych dzieciuchów. Strasznie mnie drażniło, że zaczynam od kompletnych podstaw, ale było bardzo ciężko uczyć się akordów na gitarze elektrycznej, która jest bardziej skomplikowana, niż klasyczna. Po tym, jak utraciłam strunę (zapomniałam dodać, że tamta struna została naprawiona) ponownie postanowiłam sprzedać gitarę, kupić sobie normalną, a resztę pieniędzy oddać. Bo w sumie gitara nie należała do mnie.


HISTORIA AGNES

Kupiłam sobie gitarę akustyczną. Różową. Taka, aby była prawdziwa, wyrażała mnie i była dla mnie czymś wyjątkowym. Nazwałam ją Agnes, chociaż nie mam pojęcia, dlaczego ją nazwałam. Może chodziło o Chylińską, lecz nie sądzę. Uczyłam się ponownie, od początku sama. Później nasz miejscowy ksiądz mi pomagał, ale kiedy grałam już tak jak on, albo i lepiej, zostawił mnie z "problemem" sam. Dzisiaj już zagram praktycznie wszystko. Od ,,Ody do radości" do ,,Weź nie pytaj". 



A wiecie co jest w tej historii najpiękniejsze? Że wytrwałam. Każdy instrument uczy, że trzeba spędzić troszkę z nim czasu i nabrać cierpliwości. Ale też pomaga w samotności i bólu. Sprawia wraz z muzyką, że świat jest piękniejszy. Dzisiaj Agnes ma już swoje lata, trochę rys, ale nigdy bym jej nie wymieniła na inną gitarę. Nie uważam, że jakoś świetnie gram... nie łączę przyszłości z muzyką, ani nie pójdę do ,,Mam Talent", ale cieszę się, że Agnes ukształtowała moją osobowość i jest ze mną wtedy, kiedy jest mi źle. Po prostu.


A czy Wy gracie na jakimś instrumencie? Nerwy się nie liczą! :D




Pozdrawiam Kolorowo

Beatrycze



piątek, 17 maja 2019

Historia kina - autorstwa śmieszka.

Czołgiem. Długo zastanawiałam się o czym do Was dzisiaj napisać, ale po posiedzeniu w kibelku dotarła mnie piękna myśl, że dzisiaj napiszę o kinie. Czyli zapraszam na moje autentyczne historie i przemyślenia dotyczące mojego ulubionego miejsca, gdzie można dupę posadzić, czyli KINA :)

Cofnijmy się do czasu, kiedy to ja wybrałam się do kina po raz pierwszy, czyli mniej więcej w tym okresie:



Tak. Moje pierwsze wyjście do kina było dosyć późne, bo miałam jakieś osiem lat i pojechałam z klasą na ,,Rybki z ferajny". Z tego filmu nic nie pamiętam, jedynie to, że byliśmy w kinie ,,Krewetka" w Gdańsku, które rok temu zamknęli. Strasznie ubolewam nad tym. Dlatego uczcijmy to minutą ciszy.

Chociaż za cholerę nie wiem, dlaczego to kino nazywało się akurat ,,Krewetka". I zawsze przed seansem odsłaniała się kurtyna przed ekranem. Może nie chcieli, żeby aktorzy się pomylili w kwestiach. Tak czy siak te ściany tak przesiąkły już popcornem, że nic więcej, niż kino raczej tam nie powstanie. Chociaż, ja i tak regularnie odwiedzałam to miejsce jako darmową toaletę. Cebula wita.

Kolejna bajka na której byłam to ,,Kurczak Mały" i z tego już nieco więcej pamiętam. Szczególnie piosenkę ,,Jesteś zwycięzcą", którą owy kurczak śpiewał i którą ja wku#wiam współpracowników. 




Z rodzinką do kina zaczęłam później jeździć, jednym z pierwszych filmów na którym byłam z nimi to ,,Zaczarowana", czy ,,Załoga G" - czyli pierwszy film 3D, na którym moja Matczyna Jednostka zasnęła przyciemnona okularami. Nikt by się nie skapnął, gdyby nie zaczęła chrapać...

Kino, chociaż jest to w sumie miejsce w którym siedzimy, wydajemy w ciul kasy na żarcie i coś co później będzie wałkowane na Polsacie przez ruski rok, jednak ma dla mnie bardzo duże znaczenie. Jest to miejsce towarzystkie do którego, niezależnie od pogody możemy się wybrać. Ja staram się jak najczęściej chodzić.

Jednym z filmów, których treść zapamiętam do końca życia była ,,Sala Samobójców" (podobno ma w tym roku wyjść druga część), pamiętam, że wtedy byłam bardzo skłócona ze swoją klasą i wszyscy pojechaliśmy do Multikina na ten film. Cały film przesiedziałam wpatrzona w ekran niczym Magda Gessler w pomidorówkę i bardzo mi dał do myślenia. Wałkowałam go potem wiele razy, zaczęłam się ubierać na czarno i bardzo się  inspirowałam tym filmem (ale spokojnie, zabić się nie chciałam. też się nie zabiłam). Tak czy siak to był kiepski okres w moim życiu i zapoczątkował moje bycie ,,gotem" na parę kilka lat naprzód. Dzisiaj już jestem normalna (tak, możecie się śmiać).

Żeby wyjść już z tej fali goryczy i smutku, to byłam rok temu na filmie ,,Mamma Mia 2, czy 3" i na końcu każdy zaczął klaskać. Jak w samolocie. Innym razem pojechałam na Kino Kobiet z koleżanką. Nie wiedziałam co to jest i naprawdę nie spodziewałam się, że zostanę zmuszona do oglądania, jak komuś malują paznokcie przez bitą godzinę i gadają o kosmetykach (czekałam, aż zaczna sobie golić nogi nawzajem i mówić o owulacji). Na dodatek każdy prócz nas miał na głowie czapkę. Rada? Czytajcie ulotki...

Zostawiłam sobie na pamiątke :)
Ostatnio byłam na horrorze ,,Smętarz dla zwierząt" i, jako że nie byłam głodna poprosiłam o najmniejsze nachosy z najmniejszym piciem. Zapłaciłam za to 28 zł, a moja siostra za duży zestaw kilka złotch więcej. Skąd ta cena? Dostałam picie w takim oto  ,,bidonie" ->



Przeszkadzający współtowarzysze w senasie? Gadanie i świecenie telefonem to normalka... kiedyś koleś przede mną pił napój ze słomki. I wiecie, jak się kończy, to wydaje taki dziwny dźwięk i realnym jest, że na dnie napoju zawsze zostanie go troszkę i nie da się już go nabrać słomką. Jednak koleś zapłacił tyle za napój, więc nie tracił nadzieji i ssał i ssał (bez podtekstów) chyba z parenaście minut. Wkurzyłam się, schyliłam do niego (był rząd niżej, niż ja) i powiedziałam ,,KOLEŚ, TAM JUŻ NIC NIE MA!" Kolega obok prawie się udusił popcornem, ale było warto. Kopanie w fotel to też klasyk. Kiedyś, oglądając ,,Cudownego Chłopaka" (swoją drogą jest to najlepszy film, jaki kiedykolwiek widziałam, niedługo wpadnie recenzja), zostałam srogo przekopana w fotel. Niestety głupio było mi się odezwać, bo za mną siedział niepełnosprawny chłopiec, który robił to, mimo upomnień swojej opienkunki, która nas ciągle przepraszała.

Najnudniejszym filmem, na którym byłam definitywnie było ,,Elizjum". Błędem było znowu nie czytanie ulotek, czy zwiastunów. Liczyłam, że to będzie film czysto katastroficzny, a ja nienawidzę science fiction. Dodam też do tego ,,Eter", ale zapłaciłam za ten film dychę więc...

Na film ,,Jestem taka piękna" przyszłam tylko z powodu piosenki w zwiastunie. Natomiast na film ,,Miłość jest wszystkim" przybyłam z powodu tego, że był kręcony w Gdańsku (moje rodzinne miasto), a statystą był mój kolega Kamil. Wstyd mi było się przyznać, że naprawdę nie widziałam go na ekranie, chociaż się wpatrywałam. Tak czy siak, powiedziałam, że dobrze wyszedł, żeby było miło... natomiast na bajkę ,,Disco robaczki" poszłam za głosem dubbingu Agnieszki Chylińskiej.



Jedynym filmem, na którym byłam dwa razy była właśnie ,,Zaczarowana". Raz z klasą, a raz z rodziną. W odwrotnej kolejności. Film również mnie bardzo zainspirował, ale o tym innym razem. Ciekawostką jest, że mój pierwszy blog miał właśnie taką nazwę. Filmem na którym najbardziej płakałam był ,, Popiełuszko" (który był najdłuższym filmem na którym byłam), natomiast "filmem" na którym najwięcej się śmiałam był ,,Sausage Party". Bardzo lubię też filmy historyczne. Oprócz wymienionego wyżej byłam m.in. na ,,Kamienie na szaniec", czy ,,Miasto 44".

Jest taka bajka, która najbardziej ucieszyła mnie swoim soundtrackiem. Jest to ,,Rio". Niestety filmu w kinie nie widziałam.

Jednym filmem, który oglądałam w kinie i mam płytę DVD jest ,,Sala Samobójców", natomiast posiadam dodatek do filmu ,,Cudowny Chłopak" w postaci książki.

Kiedy poszłam na film ,,Ciacho" , puścili na początku inny film przez przypadek. Ludzie zaczęli buczeć, ponieważ chcieli puścić od nowa... reklamy. Nigdy nie byłam w kinie sama. Natomiast byłam raz z koleżanką w pustej sali kinowej było to na ,,Mamma Mia" i to my klaskałyśmy  horrorze ,,QUIA the angel of coś tam". Cykory nie przyszli do kina. Natomiast na ,,Botoksie" każde miejsce było zajęte, a nawet na schodach siedzieli.

Filmem, na którym byłam tylko z Matczyną Jednostką było ,,Kogel Mogel 3". Była zachwycona, mi z resztą też się podobał.

Kiedyś chodziłam często do kina 7D. Nie wiem, czy byliście, ale są to 15 minutowe filmy. Siadasz na fotelu, przypinasz pasy i miota tobą, jak szatan. Wszystko widzisz w 3D, czujesz, jesteś mokry, macają Cię postacie, a wychodząc masz szopę na głowie. Filmy są zazwyczaj bez sensu, na horrorze uciekasz przed pająkami (które po tobie chodzą ZGROZA), albo jedziesz sankami za kulką lodu. Chodzi, aby było jak najwięcej wrażeń, niekoniecznie fabuły.

Ileż to filmów się widziało? Aż nie sposób wszystkie wymienić... tak czy siak kino to dla mnie nie tylko miejsce do oglądania filmów i jedzenia popcornu (lub bigosu), który wpada do stanika, ale też jest kawałkiem historii. W tym roku mam challenge - każdy miesiąc -> jeden film. Pod koniec roku opowiem Wam o wynikach i tym, czy mi się udało.

Zamkniemy wpis ostatnim filmem na którym byłam, był to wspomniany już ,,Smętarz dla Zwierząt", ale kilka dni przed byłam również na ,,Praziomku". Oba polecam z czystym sumieniem!

A teraz pytania do Was!
Pamiętacie swój pierwszy film/bajkę na którym byliście w kinie?
Jaki film był dla Was najciekawszy?
A jaki najgorszy Waszym zdaniem?
Często chodzicie do kina? A może macie jakieś ciekawe historie z nim związane? 

Chętnie poczytam w komentarzach!


Wytrwaliście do końca? Mam nadzieję, że ten (nie) krótki wpis Wam się podobał i troszkę się pośmieliście. A Ci, którzy nie czytają, tylko komentują, niech żałują, bo opuścili niezły kabaret!

Oklaski na koniec.


Pozdrawiam Kolorowo

Beatrycze

piątek, 10 maja 2019

Recenzja ,,Śmieszka" - Martina Stankiewicza.

Czołgiem! To będzie pierwsza recenzja książki na tym blogu i mam nadzieję, że nie ostatnia. Naprawdę ciężko jest napisać parę zdań o tekście pisanym i jest to wyczyn, przynajmniej dla mnie. Dzisiaj na ,,klatę" idzie jedna z moich ulubionych książek:

,,Śmieszek" - cierpienia młodego Youtubera.
Autorstwa Martina Stankiewicza


Wyobraźcie sobie, że miałam napisaną całą recenzję i ją usunęłam, bo wydawała mi się denna. Mam nadzieję, że ta będzie ciut ciekawsza. Oby!

Do książki dołączony był
Activity Book Śmieszka
 A w nim kilka ciekawych pomysłów
na dążenie do własnych celów.

I moje giry z nagłówka w tle.
Samego Martina większość z Was może znać z jutuba, czyli miejsca, gdzie właściwie każdy może wylać swoją twórczość bez większego ,,ale". No ,,ale" są tacy, którzy moim zdaniem wypadają lepiej w tej dziedzinie i bez zbędnego gadania Autor tej książki tam się znajduje. Wiem. Zaczęłam od ślinotoku, ale naprawdę tak jest. 



Sam kanał poznałam dosyć późno i pierwszy filmik, jaki zobaczyłam był o świętach Bożego Narodzenia i kupnie choinki na początku grudnia (KLIKNIJ TU i Cię magicznie przekieruje!). Bardzo mi się spodobała ,,spontaniczność" tego filmiku (nie wiem, czy jest to dobre słowo, więc ujęłam je w cudzysłów). Ogólnie się coś dzieje, ciach, ciach, ciach i na końcu finał (tak, to właśnie było rozwinięcie ,,spontaniczności"). Ten sposób kręcenia filmów (i monologu) mnie ujął i takim sposobem chyba jednego wieczoru zobaczyłam wszystkie filmy Martina. Byłam zachwycona zupełnie innym podejściem do kręcenia, niż inni Youtuberzy. To było kolorowe i dynamiczne (słowem dynamiczne w sumie mogłam określić tą ,,spontaniczność"- eh nie ważne).



On sam tak mnie zainspirował, że jak szybko dowiedziałam się o książce, tak szybko poszłam ją kupić (czyli jakieś dwa tygodnie później). Pamiętam, że Pan z Empiku zajął sobie dużo trudu, aby odnaleźć ostatni egzemplarz z ogromnego Empiku w Tczewie.

Żeby nie było, nie każdy rozdział ma taki tytuł.
Tak mi się książka otworzyła akurat :)

Książka została przeczytana już dawno temu, chociaż o wiele później, niż została wydana. Teraz przeczytałam ją ponownie, aby lepiej pisało mi się recenzje. No więc pierwsze pytanie o czym jest owa książka? Literatura ta (nie chcę używać znowu słowa książka, bo przeginam) jest o histori Martina Stankiewicza, o jego dzieciństwie, miłości, przyjaźni, piesku o zabawnym imieniu Tosia, co nazywała się Krewetka i, co najważniejsze hobby, jakim jest filmowanie. 




Wiadomo, że większość czytelników to osoby, które oglądają wyczyny tego Pana w internecie. Mało kto stanął przed wirtyną w księgarni mówiąc ,,To będzie zajebista książka. Kupuje. I frytki do tego!". Fani nie tylko dowiadują się szczegółów z życia Youtubera, ale także ciekawej historii tego, jak właściwie odnalazł swoje powołanie i coś, co chce robić całe życie. Dowiadujemy się, że nie zawsze było to proste. Początki, jak zawsze, najtrudniejsze. Później niby było łatwiej, ale porażki bolały coraz bardziej. Najważniejsze jest, aby się nie poddawać. Niby to takie proste nie? Od tak, wiele osób o tym mówi, ale w życiu ludki... ile razy się już poddaliście, bo coś robiliście dobrze, ale to coś nie wypaliło i już wyrzuciliście to za ramie niczym papier toaletowy po podtarciu (przez lewe ramie, of course)? A tu mamy historię człowieka, który się nie poddał, ale brnął w tym dalej. Czy doszedł na szczyt? Pewnie jeszcze daleka droga przed Nim - i tak sam też określił się w tej książce.



 Pod pryzmatem uczęszczania do psychologa Martin opowiada z humorem swoje dziecinne perypetie, później coraz dojrzalsze historie. Dowiadujemy się m.in., dlaczego nienawidzi Walentynek i jak przygarnął swojego piesia. Czasami czytając miałam wrażenie, że wręcz oglądam w tym czasie filmik właśnie o tej książce. Innym razem mam wrażenie, że odczuwam podobne refleksie na różne, życiowe tematy. 

Możecie mnie narysować, ale tylko po prawej stronie kanapy.
Choć na chwilę poczuje się niczym Sheldon Cooper z ,,Teorii Wielkiego Podrywu" !

Nie znam się na filmach, lubie chodzić do kina, chodzę tam raz w miesiącu i wolę jeść nachosy w kinie, niż popcorn (Martin w książce twierdzi, że popcorn to jest jedyny słuszny prowiant podczas seansu). Ewentualnie przegryze bigosikiem od Matczynej Jednostki, ale pod warunkiem, że mam chlebek. Czekaj, zgubiłam wątek... nie znam się na filmach, ale tą historię równocześnie można przelać na jakąkolwiek inną pasję. Śpiew, malowanie, whatever. Lubisz coś robić, to rób to! Pokaż to ludziom! Może to brzmi, jak słynne ,,Jesteś Zwycięzcą" Piotrka, ale to naprawdę działa. Ja sama często zadaje sobie pytanie, czemu jestem tak leniwa w promowaniu tego bloga i staraniu się, aby miał więcej czytelników. Przecież kocham rozśmieszać ludzi, kocham to robić i sprawia mi to zajebistą przyjemność niczym jedzenie parówek w parku z gołębiami (liczę, że ktoś kiedyś napisze na spotted 3miasto, że taka fajna panna jadła parówki tam i...). ,,Każdy swoje życie musi przeżyć po swojemu [...] nie warto rezygnować z dziecięcych marzeń" (tak, ten cytat przepisałam z tylnej okładki, chciałam dać coś bardzo motywującego).

Ja sama potrafie się odnaleźć w tej historii. Szczerze mówiąc nie sądziłam, że ktokolwiek inny niż ja przed wejściem do kogoś do domu, stoi w przedpokoju, aby przestały mu śmierdzieć stopy. Aby ta pierwsza woń się ulotniła. To jest taka prawda o normalnym człowieku, o którego działalności nie zdajemy sobie sprawy. Ale, żeby nie było, nie tylko w historii sztynku* się odnalazłam w tej książce, o czym już zresztą mówiłam.

*tym słowem określam zapach spoconych gir, oryginalny zapach z oryginalną nazwą


Moje giry, skarpety, rower i jezioro
w tle (+sztynk)


Zainspirowałam się bardzo Martinem. Jakkolwiek to zabrzmi, na początku Jego wyglądem. Od kiedy zaczęłam Go oglądać w sieci, moje ubrania z czarnych jak smoła, zaczęły być kolorowe i w takich najlepiej się czuje, chociaż często określają mnie mianem ,,dziwaka", to bardzo mnie cieszy, kiedy ludzie mówią mi, że mam ściągnąć buty ( znowu ten sztynk) i pokazać jakie to śmieszkawe skarpetki dzisiaj mam... czy w ananasy, czy dwie kompletnie inne w jakieś ptactwo. Podoba mi się Jego dążenie do celu i to, jak rozwinął się w filmikach. Do dzisiaj oglądam każdy wytwór, który pojawi się na Youtube. Są to różne odsłony, nie tylko śmiesznego Martina, ale i sceny, nad którymi można troszkę pogdybać i się zastanowić na koncepcją, pokroju większego niż nowe rozświetlacze, czy pędzle na kanale beauty. A i sam mój blog, a właściwie nazwa jest nawiązaniem do tejże książki, dlatego właśnie recenzja ,,Śmieszka" wpada tutaj jako pierwsza.

Polecam książke każdemu, kto chce się rozwinąć i ma już za sobą troszkę porażek. Przedtem jednak zapraszam na kanał Martina Stankiewicza do zobaczenia kilku filmików, aby się lepiej czytało.



PS: Jakkolwiek nazwa jest podobna do tytułu książki, tak treść nie jest w żaden sposób nie jest plagiatem książki o której mowa :).


Pozdrawiam Kolorowo
Beatrycze



piątek, 3 maja 2019

,,Kiedyś to było..." - czyli historia o pewnej majówce i lodówce.

Czołgiem! Każdy ma jakieś ciekawe, bądź mniej historie z majówki, no chyba, że całą zapił i siedział parę dni jak ululany. Ja też mam parę opowieści z tych pierwszych cieplejszych dni. Kilka lat temu byłam pierwszy raz na koncercie mojej Idolki, ale o tym opowiem innym razem. W tym wpisie zapraszam na historię o majówce i lodówce!

Ile razy mieliście taki problem, że zamawialiście hotel, domek, czy whatever, inspirując się zdjęciami z internetu, a tu przed Wami taka masakra, że nie wiadomo, czy śmiać się, płakać, czy zacząć kisić kapustę?

Majówka roku poprzedniego. Ciepło jak w tropikach, postanowiłam pojechać z koleżanką do ukochanego Sopotu. Tam spędziliśmy cały dzień. Spotkałam Kubę Wojewódzkiego, Dodę i zrobiłam sobie z nimi zdjęcie. Oczywiście w Muzeum Figur Woskowych. Po całym dniu wpierdzielania fast foodów i spędzenia czasu z celebrytami dostałam telefon, że moja kochana familia zamówiła domek nad jeziorem i pytanie czy chce jechać. Oczywiście, że chciałam, głupiego się pytali. No i wróciwszy do domu spakowałam parę rzeczy (w końcu to dwie nocki były, czyli spokojnie w dwie walizki) i razem z całą familią w formacie pięć plus pies, dwoma samochodami ruszyliśmy. 

Musieliśmy zostawić samochody na parkingu, potem iść dosyć spory kawałek drogi z tymi tobołami. Wiecie, o ile ciuchów nie było dużo, tak wszelkie piłki, rakietki, grille, pies, który zawsze ciągnął w inną stronę nie ułatwiali. Koniec końców znaleźliśmy domek o podanym numerku, a właściwie to co z niego zostało. Kilka razy patrzeliśmy na numerek klucza, który dostaliśmy, a tego domku. No się zgadza. Tylko wygląd się nie zgadza. Właściwie bałam się, że jak staniemy na werandę to wszystko pierdzielnie. Specjalnie wzięliśmy domek z takim balkonikiem, aby pieseł nie uciekał, ale dziury były w nim niemiłosierne, że sama bym przez nie przeszła. Otworzyliśmy drzwi i ziewnęło na zewnątrz powietrzem stęchłym, jak moje stopy po 12 godzinach pracy w jednych buciskach. Wyszliśmy na zewnątrz, odważna jednostka otworzyła okna. Kilkadziesiąt minut - wywietrzyło się. No to wchodzimy...

Okazało się, że dwa wielkie pokoje, to są dwa mikro pokoje. Właściwie stół stał w progu drzwi, tak, że dwie połówki dzieliły się na dwa pomieszczenia. W pierwszym pokoju były dwa łóżka i telewizor na komodzie, która była tak blisko łóżka, że nie dało się otworzyć szuflad. W kolejnym pokoju były trzy łóżka i mała komoda na której stały dwa grzejniczki. Łazienka o dziwo była nawet duża, natomiast kuchnia maleńka. Chciałam schować w niej piwa, lecz po otworzeniu lodówki natchnął mnie zapach z połączenia starej mielonki i stęchłej skarpety w sosie koperkowym, bo natknęłam się na otwarty serek Almette*. Serek ten już stworzył własną cywilizacje, ludność, mają papieża, a ja właśnie wyrzucając go do śmieci, kilometr od domku, przeszkodziłam w wyborach parlamentarnych.

*macie darmową reklamę, dawać hajs!

I znowu wietrzenie domku.

Mimo, że pogoda była cudna, to na jezioro jeszcze definitywnie za szybko. Niestety sklepy wyglądały na nieotwierane jeszcze w tym sezonie, tak samo okoliczne restauracje, więc zbytnio nie było co robić. Został grill, gry w piłkę, grill, badminton grill, gry planszowe, grill i  dobry film na wieczór, no i ewentualnie grill. Niedaleko było miejsce gdzie można było zagrać w bilarda, czy inne gry typu cymbergaj, a więc koniec końców znaleźliśmy jakieś ciekawe zajęcia, tym bardziej, że pogoda rozpieszczała jak na maj. 

Problem się zaczął wtedy kiedy okazało się, że ktoś niezwykle mądry zamiast do przenośnej lodówki w samochodzie, wrzucił kiełbaski na grilla do tamtej stęchłej.

Otwarcie lodówki - i znowu wietrzenie domku!

Spanie wyglądało tak, że nocą najchętniej położyłabym się na podłodze, bo ciągle spadałam z mikro łóżka. Nogi na suficie, głowa w innym pokoju.

A Wy macie jakieś ciekawe historie z majóweczki? Piszcie, chętnie poczytam!

Pozdrawiam Kolorowo
Beatrycze



piątek, 26 kwietnia 2019

Opening nowej gry! ,,Kalambury DE LUXE"

Czołgiem Wszystkim! Pamiętacie recenzje ,,Monopoly"? Już wiecie, że planszówki to coś co kocham, dzisiaj zapraszam na wpis dotyczący kalamburów! Miłego czytania!

W kalambury grałam jako  nastolatka (późno dorastałam) i polegało to na tym, że na kartkach pisaliśmy  z przyjaciółmi jakieś hasła (często nie zrozumiałe dla osób z poza grupy naszych znajomych), każdy losował i ktoś zgadywał. Najłatwiej było, jak się miało swoje hasło, najtrudniej, jak koleżanka dała Ci postać z filmu, którego nigdy nie oglądałam, a ona sama była fanką, wiecie te ,,Zmierzch" itepe. Pisaliśmy takie hasła jak mielonka, czy żuk toczący kule gnoju. Fenomenem było wtedy zapisanie imienia i nazwiska naszej Pani od angielskiego, która kiedys zaczytała się na przerwie i walnęła w słup na korytarzu, także to Jej postać była hitem w kalamburach tamtych czasów. I cyk w słup. Rozumiecie? Takie śmieszki.


Czasy się zmieniły, ja podrosłam (albo i nie) i postanowiłam kupić w końcu wersje planszową tej gry, chociaż w sumie planszy nie ma. Całość kosztowała około 6o zł, już nie pamiętam i kupiłam ją w jakimś sklepie totalnie dla dzieci.


Korzystając z okazji chciałabym zapytać, czy ktoś nie chce kupić klatki dla szynszyli?

Gra wygląda na bardzo ciekawą, ale niestety jestem z niej połowicznie zadowolona. Plusem jest, że ma bardzo dużo haseł i ciekawą rozgrywkę. Możemy pokazywać, lub rysować. Dzielimy się na max cztery drużyny o różnych kolorach i zbieramy punkty, których ilośc fajnie możemy umieścić na kartonowej planszy i poczuć się zajebiście. Za pomocą strzałki wybieramy jaką kategorię będziemy przedstawiać, a potem kolejna strzałka ma nam pokazać czy będziemy pokazywali, rysowali, lub sami możemy wybrać, co właściwie zrobimy. To na pewno nam urozmaica grę. Jednak jak mówiłam są też minusy. 



Największy z nich to niestety trudność gry. Piszę, że jest od ośmiu lat, ale niestety większość haseł jest bardzo trudna do pokazania, namalowania, a czasami nawet nie mieliśmy pomysłu co to właściwie jest. Przykładem hasła była na przykład ściana nośna i nikt nie skumał jak pokazywałam ścianę, albo płyta nagrobna, gdzie moja siostra tarzała się po podłodze, jakby dostała epilepsji. Na szczęście moje zdolności rysunkowe umożliwiły mi idealnie oddać hasło, jakim była plaża nudystów, pomijając fakt, że namalowałam cycatą kobietę z genitaliami :). Innym hasłem była destylacja, a ja miałam pięć minut i nie zdążyłam wyjąć narzędzi do pędzenia bimbru. 

Jedym, za to małym minusem jest też fopa gry, ponieważ dostałam dwa pisaki, które pisać nie chciały i gąbeczkę, która zmazywać nie chciała. Do dzisiaj mam ciarki, jak sobie przypomnę, jak gąbką próbowałam zetrzeć rysunki z tablicy (pisk niczym jazda paznokciami po tablicy szkolnej). Niestety mój marker został na tablicy na zawsze i nie chciał się zmazać, dlatego pisaliśmy na zwykłej kartce.

Gratisowo dostaliśmy trzy zawieszki na klamki (szkoda, że nie mam klamki, mieszkam w szafie z Ikei) i linijko-zakładkę do książki.

Ale ogólnie jestem zadowolona.


A Wy jak pokazalibyście mielonke? A jak DNA?




Pozdrawiam Kolorowo



Beatrycze

PS: Zapraszam Was do czytania recenzji poprzedniej gry planszowej, która zabije Was śmiechem (kliknij tutaj, aby wstąpić do raju czytelniczego).

piątek, 19 kwietnia 2019

,,Kiedyś to było..." - czyli historia o wielkanocnej kiełbasce.

Czołgiem! Wielkimi krokami zbliża się do nas Wielkanoc, więc postanowiłam wygrzebać z głowy historię z dzieciństwa idealnie do niej pasującą. Często opowiadam ją moim znajomym i mam nadzieję, że w formie pisanej będzie równie śmieszna, także zapraszam do czytania i wspólnych przemyśleń, o tam na dole ↓.

Mieliście tak, że jako dziecko odwaliliście jakiś niezły szajs, coś wstydliwego, czego aktualnie w dorosłym życiu byście nie zrobili, a nawet jeśli, to albo po promilach, albo z ogromnym burakiem na twarzy? No chyba każdy miał taki przypał, ja dzisiaj opowiem o takim Wielkanocnym. Mam nadzieję, że Was rozbawi i nie obrazi osób wierzących, bo nie taki był zamiar.

Nie pamiętam ile dokładnie miałam lat, myślę, że było to jakoś w okolicach Pierwszej Komunii Świętej. Miałam wtedy ogromny zapał i często chodziłam do Kościoła. Tym razem usłyszałam, że Ksiądz zaprasza na nocne czuwanie na godzinę 22 do drugiej w nocy. Nic mnie w tych słowach nie zauroczyło, oprócz stwierdzenia, że będzie ognisko! I właśnie to ognisko zapaliło mi iskierkę w głowie, że warto pójść. 

Trudno mi było namówić Matczyną Jednostkę na nocką eskapadę, ale po czasie mi pozwoliła, pewnie dlatego, że budynek blisko nas i koniec końców to nie była impreza w burdelu, więc jakoś tam się udało. Uradowana ja i moja najlepsza przyjaciółka, nazwijmy ją Matylda (nie wiem po co ją nazywam, skoro to imię pojawi się tylko raz) postanowiliśmy wziąć udział w ognisku przed Kościołem. Nawet wcześniej widzieliśmy, jak je przygotowują (wiecie cudny stosik z patyków, niczym ten kamienny Maki Paki) i widząc ten piękny stosik naprawdę chcieliśmy iść na to ognisko, nawet przygotowaliśmy własne patyki na kiełbaski!

Tego dnia ubrałyśmy się ciepło. Niestety stety byłam dzieckiem, które wiele rzeczy chciało zrobić samemu bez ingerencji starszych, toteż rodzice nie wiedzieli o tym, że na to ognisko przy Kościele wyciągnęłam z lodówki paczkę śląskiej, chleb i... ketchup. To samo zrobiła moja przyjaciółka i równym krokiem poszłyśmy razem do Kościoła. Wyobraźcie sobie dwie dziewięciolatki, które kładą kijki na ognisko, opierając je o ławkę, a na siedzeniu kiełbaski w siatce. Na początku była msza, okrutnie długa, lecz później, po północy wszyscy wyszli na dwór na to ognisko. Teraz znowu uruchomcie wyobraźnie i ogarnijcie dwie dziewczyny, które stoją w kącie i nabijają kiełbasę na patyk, gdzie inni stoją przy ognisku i się modlą, a Ksiądz nadaje kadzidłem. Wtedy dopiero zapaliła się nam lampka, że ognisko to atrapa i kiełbasek z tego nie będzie. Nie chcę sobie wyobrażać co ktoś mógł pomyśleć na widok dwójki dzieci, która przygotowuje sobie kiełbaski do ogniska, kiedy jest Wielki Post, a każdy się modli w kółku przed ogromnym płomieniem. To się nie wydarzyło, ale ogarnijcie, że Ksiądz jakieś modły odprawia, a my tu nagle z tym patykiem i nabitą kiełbaską wciskamy się, aby sobie ją upiec...

Koniec końców ze smutkiem na twarzy pozostawiliśmy kiełbaski (których swoją drogą miałam dużo, jak na dwie osoby) i cały prowiant przed pobocznymi drzwiami do Kościoła i już nie uczestnicząc w dalszej mszy poszłyśmy zawiedzione do domu. Ciekawe co się z tym stało. Może ktoś pomyślał, że to jakiś dar dla ubogich. Nie wiem, czy to kadzidło na nas zadziałało,  czy co mieliśmy wtedy w głowach. A może mszalne wjechało?

Nigdy więcej nie uczestniczyłam w takim nocnym czuwaniu, ale w każde święta historia o Wielkanocnej kiełbasce zatacza swoje koło przy świątecznym stole i na spotkaniach z przyjaciółką, z którą wciąż mam kontakt.


Aktualnie nie obchodzę jako tako Świąt Wielkanocnych, ale wszystkim tym, którzy świętują, życzę wszystkiego co najlepsze, a zdrowia przede wszystkim! No, a tym pierwszym i całej reszcie błogiego wypoczynku!


A czy Wy macie jakieś obciachowe historie z dzieciństwa? Może właśnie związane z Wielkanocą? Piszcie w komentarzach, chętnie poczytam!





Pozdrawiam Kolorowo



Beatrycze


piątek, 12 kwietnia 2019

Co ja gryzmole? - moje pierwsze rysunki.

Hejka kochani. Dzisiaj będzie pierwszy wpis z serii ,,Co ja gryzmole", które nie wiedzieć czemu bardzo kojarzy mi się z tekstem ,,Co ja pie#dole", a że na co dzień dużo pieswdole, także i dzisiaj sobie pozwolę.


Aż się zrymowało.

Długo zastanawiałam się o czym Wam napisać. Mam w planach recenzje książki, gry planszowej i historię specjalną z dzieciństwa na Wielkanoc. Postanowiłam troszkę napisać o moim hobby, jakim jest rysowanie, lecz najpierw warto byłoby cofnąć się do tego jak malowałam kiedyś!


,,Raj dla jaj"


Pierwszy szkic znajduje się w szkicowniku. Na pierwszy rzut oka przypomina dwa męskie (latem)... dwie gruszki oczywiście. Ta po prawej wygląda, jakby przejechał ją walec. Gruszki zostały naszkicowane w oparciu o Mona Lisę (kliknij w obrazek aby powiększyć).







,,Agnieszka po mefedronie"
Kolejny obraz przedstawia nikogo innego jak Elżbietę Zapendowską, czyli Agnieszkę Chylińską. Właściwie wygląda, jak po przeszczepie obu nerek, nie obrażając Artystki. Nie mam pojęcia co ma na głowie, prawdopodobnie zgniecioną rolkę po papierze toaletowym. 


Mina postaci na zdjęciu opowiada sama za siebie o tym szkicu.





,,Zima, miłość, gluty i głaz"
Ten obraz zaś ukazuje oświadczyny. Pan po lewej klęka, ewentualnie jest bardzo niski i chowa się za głazo-krzakiem. Pani z kolei ziewa, ewentualnie kicha. Uwielbiam ich ubrania, niby jest bardzo zimno, a ta ma tylko szalik. Po prawej stronie ch#j wie co, chyba tygrys. W tle matematyczne trójkąty i obeschnięte dwa krzewy.









,,Więzienne selfie"
Kolejny portret Agusi. Kiedyś i w sumie do dzisiaj lubię ją rysować.

Tutaj na zdjęciu najlepsze są oczy. Wyglądają, jak głodna pantera patrząca na szynkę, ale nos chyba jednak pobija cały ten ,,twór". Ściągnął się jej na jedną stronę, jakby dostała z pieści z tej drugiej. Ogólnie całość portretu wygląda jak zdjęcie robione do akt w więzieniu. 



A to jest po prostu klucz.
,,Maryla Rodowicz"

Przypomina Marylę Rodowicz i ocieka zajebistością.

Tymi rysunkami kończymy pierwszy wpis z serii ,,Co ja gryzmole", już niebawem będą wpisy o których mówiłam i może jakieś haule zakupowe z moim specyficznym zabawnym komentarzem! Może jakieś kosmetyki, słodycze, zobaczymy. Ważne, aby było śmieszne :) i mam nadzieję, że tak będzie! 

Dziękuje za komentarze pod postem, każdego z Was odwiedzę w najbliższym czasie!

Zapraszam na Instagrama - CzlowieczekDemoleczka i do Księgi po prawej stronie blogasa!


Pozdrawiam Kolorowo


Beatrycze



,,Kiedyś to było..." - czyli historia o różowej Agnes.

Czołgiem! Zastanawiałam się, jak zwykle o czym do Was napisać, a że jest już u mnie wtorek, fajnie by było mieć chociaż jakiś zarys, szkic ...