piątek, 24 stycznia 2020

Recenzja pewnego dziennika - ,,Moje Q&A".

Czołgiem, dziś będzie nietypowo, bo będzie to recenzja książki, którą dostałam trzy lata temu, a właściwie dziennika, który prowadziłam przez te lata. 

,,Moje Q&A" jest dla tych, którzy chcą łapać każdy dzień i szukać w nim ulotnych chwil. Codziennie odpowiadasz na jedno pytanie (na jedno zajebiście ważne pytanie), każdego dnia na inne i wpisujesz to w odpowiednie pole. Za rok, w ten sam dzień odpowiadasz na to samo pytanie i dwa lata później znowu. Nie ma się co rozpisywać, bo nie ma na to za dużo miejsca, warto poświęcić temu jedno, dwa zdania, a później zmarnować czas oglądając Netflixa.



Przez te trzy lata możemy zobaczyć, jak nasze odpowiedzi się różniły. Czy wciąż lubimy pierogi? Albo boimy się stonogi? Magdy Gessler? Niektóre pytania dotyczą danego dnia np. ,,Co dzisiaj jadłeś", a inne kompletnie z dupy ,,Czy masz przypływy egoizmu". Z jednej strony fajne, bo sobie zdajesz sprawę, jak bardzo zmieniłeś się przez te trzy lata, albo jak bardzo siedzisz w miejscu i dupa mi się rozrasta. Fajne dla osób, które chcą sobie jakiś podkreślić wartość dnia ,,Carpe Diem", albo mieć jakąś ciekawą wieczorną rutynę. Ja ten dziennik prowadziłam od 2017 do 2019 (przynajmniej taki był zamysł) Teraz Wam podam dwa pytania i moje odpowiedzi na nie:


Pytanie z 6 marca: Czym jest dla ciebie jedzenie?

2017r -Lubie jeść. To po mnie widać. Szczególnie spaghetti i pizzę. Jak na razie życiem, chociaż mogę jeść tylko do 18.
2018r - O Jezu kocham! Dziwie się, że jeszcze w tym roku nie byłam w maku!
2019r - Zapomnieniem. Też w tym roku nie byłam w maku.



Pytanie z 17 marca: Jakie jest Twoje najbardziej szalone marzenie?

2017r. - Chciałabym wystąpić w teledysku. Jak Meghan (Trainor - mój dopisek), czy Chylińska (nie wiem, co miałam wtedy w głowie...).
2018r. - Chciałabym zaśpiewać w klubie KARAOKE + rysunek mikrofonu.
2019r. - Pojechać gdzieś w ch*j daleko. Może na Hawaje :) + rysunek palmy.


Ja ten dziennik czasami traktowałam jak pamiętnik. Do tego stopnia, że nie chciałabym aby trafił w niepowołane ręce. Czasami się tam wyżalałam i gderałam, po czym mi było lżej. To działało trochę jak kalendarz adwentowy bez czekoladki... ale miało też swoje minusy.



Na początku, co wieczór wpisywałam odpowiedź na dane pytania, później zwyczajnie zapominałam, aż na końcu uzupełniałam dziennik co dwa, trzy miesiące, co było złe, ponieważ nie wiedziałam, co się działo dokładny rok temu. Czy byłam w Biedronce, czy z pieskiem na spacerze, a może kibelek się zapchał i jednak dzień był słaby. Koniec końców zapomniałam o tym dzienniku na dobre i utknął mi w dnie szuflady, pomiędzy dynksem i bulbulatorem, przypominając o sobie w grudniu. Wtedy pojawiła się myśl, że od kwietnia w dzienniku nie ma odpowiedzi na pytania. Więc zamysł fajny, ale u mnie się nie sprawdził. Jak będę miała trochę czasu to po odpowiadam na pytania, ale jak mówiłam nie będą one dość prawdziwe. Odpowiem na nie, bo chcę zamknąć dziennik. 

Przez kolejny rok dziennika nie wyrzucę. Dlaczego? Ponieważ chciałabym poznać też Wasze odpowiedzi na te pytania. Pod koniec każdego piątkowego wpisu (rozpoczynając od notki na temat pierwszych urodzin bloga) będę wklepywała pytanie, które było w dzienniku danego dnia. Sama na nie odpowiem, a w komentarzach będę czekała na Wasze odpowiedzi. Nie wiem jeszcze, czy będę robiła to regularnie. Zobaczymy....

Tak czy siak, jak ktoś lubi Q&A, albo takie życiowe wspominki to polecam ten dziennik. Jedynym mankamentem było jeszcze kilka pytań dotyczących szkoły, do której już nie chodziłam, gdy dostałam książkę. A w opisie pisało, że to dla każdego pokolenia. Czasami można się zdołować, że niewiele się zmieniło, a innym razem zmotywować.

Samochód, nowa praca, nowi przyjaciele i znajomi, wyjazdy... raczej wszystko na plus. A co u Was się zmieniło? Piszcie w komentarzach!




Pozdrawiam Kolorowo

Beatrycze

Instagram -> historiesmieszka

Podobne wpisy:





piątek, 17 stycznia 2020

,,Kiedyś to było..." - czyli historia o tym dlaczego nie warto umawiać się przez internet.

Czołgiem. Mam dla Was w projekcie masę wpisów, ale dzisiaj postanowiłam skrobnąć coś o czym jeszcze nie było i mam nadzieję, że to ,,coś" rozbawi Was do łez. Także bez zbędnego paplania zapraszam do nowego wpisu.

Umawianie się przez internet w różnych celach ma swoje wady i zalety. Po pierwsze to fakt, że możemy poznać masę ciekawych, albo podobnych do nas osób i wtedy nam się lepiej odnaleźć. Można z nimi popisać i zobaczyć, czy są dla nas akceptowalni, czy świry. Jednak niesie to za sobą różnego rodzaju niebezpieczeństwo... możemy zostać oszukani i różne takie inne, gorsze o których pisać nie będę, bo pewnie wiecie. No i może się okazać, że ktoś jada sernik z rodzynkami. O zgrozo!

Jako osoba, która otacza się praktycznie cały czas w takim samym towarzystwie czasami zdarzało mi się umawiać przez internet, aby poznać jakąś ciekawą osobę, a innym razem w jakimś celu. No i dzisiaj chciałabym Wam poopowiadać o tych moich niewypałach związanych z tymi właśnie spotkaniami. Mam nadzieję, że będzie śmiesznie.

Pierwszego takowego spotkania nie pamiętam, no coś tam mi siedzi w głowie, ale nie jestem pewna, czy to było pierwsze, a i historia nijaka, więc nie będę się rozwijać. Cofnijmy się jednak do czasów, kiedy to jeszcze chodziłam do szkoły. Miałam wtedy taki etap, że chciałam mieć strasznie chłopaka. No wiecie... każdy miał, a ja nie miałam, straszna rzecz. Jako, że byłam nieśmiała, postanowiłam właśnie skorzystać z dóbr internetów i poszukać mojego księcia na białym koniu właśnie tam. Miałam kilka zasad, którymi się trzymałam:


  • Ziomek ma być w moim wieku.
  • Ma mieszkać gdzieś niedaleko, a spotkanie ma być w miejscu publicznym.
  • Nie może być jakiś super piękny, bo jak mnie zobaczy to ucieknie. 
  • Na pierwsze spotkanie żadnych kwiatów i każdy płaci za siebie.
  • Komuś o tym powiedz, żeby wiedzieli gdzie w razie czego szukać zwłok.
  • Aby dostać się do mojego serca należy naciąć wzdłuż mostka.
Pierwsze ze spotkań, jakie pamiętam, takich wiecie... nieudanych (bo o dziwo były też udane) to z gościem, co interesował się Urbexem. Musiałam sprawdzić co to jest i wyszło na to, że jest to chodzenie po starych miejscach i eksploracja. Na Yt wyglądało to całkiem fajnie. Koleś wyglądał jak na zdjęciu i wszystko by było okej, gdyby nie fakt, że zamiast do restauracji zabrał mnie... na stare torowisko. Nie mylić z lodowiskiem. Miałam cały czas wrażenie, że unika chodzenia ze mną w miejscach gdzie są ludzie, aby nikt go nie zobaczył. Chodzenie po torach strasznie mnie nudziło i te jego opowieści o kolejach. Moje wrażenie było takie, że zaraz nas ktoś stamtąd wygoni.  Na koniec mój rycerz znalazł parę oryginalnych Crocsów przy torowisku i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie wziął ich do domu... tym sposobem został skreślony z mojej listy potencjalnych miłosnych kochanków.

Poszukiwacz oryginalnych butów


Innym razem trauma polegała na czymś innym. Miałam się umówić z takim Kubą. Często opowiadałam o sobie, że nie jestem najszczuplejsza, mam nadwagę itede. Koleś powiedział, że go to nie interesuje bo liczy się tylko wnętrze. Sama niestety widziałam zdjęcia jedynie jego twarzy i jakiś tam rysunków. Bo był artystą. Wszystko by było okej, gdyby nie fakt, że na spotkaniu okazał się wyglądać zupełnie inaczej, niż w mojej wyobraźni. Zasadniczo ja mam siebie za grubaskę, jednak gdy on przy mnie stanął, po prostu zrobił mi cień. Właściwie miałam wrażenie, że gość ledwo się ruszał. Był jakoś ze cztery razy taki jak ja. Nie pytałam go o wagę przy rozmowie, ale strasznie mnie to zdziwiło, że nie powiedział, że ma taki "problem" gdy ja ciągle mówiłam o swoich nadprogramowych kilogramach, a wierzcie mi... przy nim wyglądałam jak atletka. Nie chciałam być wredna i nie mam nic do osób przy tuszy, ale on przez jakieś cztery godziny zabrał mnie aż do dwóch knajp i jednej lodziarni, gdzie zjadał bardzo, ale to bardzo dużo pożywienia. Na dodatek było straszne lato i po tych godzinach łażenia (chociaż w sumie bardziej siedzenia) jego koszulkę mogłabym wyrżnąć. Pewnie gdybym była kanapką w McDonaldzie nazywałabym się McBeauty

Burgerowy Artysta

Jeszcze innym razem spotkałam się z ziomkiem, który wcale źle się nie zapowiadał. Wyglądał tak, jak miał wyglądać, nie śmierdział, jak jego poprzednik i całkiem spoko się prezentował. Jednak jak to w naszych historiach bywa, musi być jakiś minus. Jako ekstrawertyczna gaduła nie dałam po sobie odczuć, że ziomek praktycznie nic nie mówi i coś z nim nie teges. Postanowiliśmy pojechać tramwajem, cały był zawalony, a na siedzeniach praktycznie same starsze osoby. Gdy jedna z nich wstała i opuściła pojazd ten usiadł, twierdząc, że się źle czuje. Nagle zaczął strasznie nerwowo panikować i nie mówiąc ani słowa po prostu opuścił tramwaj na kolejnym (nie naszym) przystanku...

Uciekinier z tramwaju

Jeszcze jeszcze innym razem miałam się spotkać z chłopakiem w 3mieście. Wydawał się być fajny, ciekawy i zasadniczo intrygująco się z nim rozmawiało. Na zdjęciach Facebookowych też wyglądał spoko, ale prawdziwy jego błysk poznałam dopiero, gdy wysiadłam z autobusu. Ukazał mi się on... ulizane ciemne włosy, a na nich czapka z Pokemonów. Miał na sobie polówkę włożoną w spodnie i uwaga.... Crocsy ze skarpetami (Crocs - chcę hajs za reklamę). Ja faktycznie jakoś się nie pindzluje na te spotkania, ale w życiu bym się tak nie odwaliła. Wyglądał, jak 20 latek przebrany za pięciolatka. Miał też ze sobą plecak, jakby się wybierał gdzieś na co najmniej trzy dni. Wszystko było innego koloru, a ja czekałam, aż wyciągnie z plecaka krakowską suchą i zacznie zagryzać. Nie opowiem Wam, jaka była dalsza część tej historii bo zostaliśmy parą, ale po prostu zwiałam. I to był jedyny raz kiedy uciekłam z miejsca spotkania. To co... skreślamy?

dwudziestolatek przebrany za pięciolatka

Mam nadzieję, że te moje autentyczne historie się Wam podobają. Nie mówię, że każdy facet to taki idiota, jak powyżej, ale po prostu chciałam się z tymi historiami też podzielić. Miałam też takiego gościa, co po zjedzeniu naprawdę dorodnego obiadu w drogiej restauracji po prostu uciekł i to ja musiałam za wszystko zapłacić, ale to już jest dodatek, bo nie stało się to za pośrednictwem internetu. W sumie chciałam Wam to opowiedzieć na Walentynki, ale tam będzie sporo podsumowań z okazji pierwszej rocznicy bloga, więc jest teraz. 

Mam nadzieję, że wpis Wam się podobał? Który z moich kandydatów jest Waszym ulubionym? A może macie jakieś własne historie, gdzie randka przez internet z kobietą lub mężczyzną jest niewypałem? Chętnie bym poczytała, więc piszcie w komentarzach!




Pozdrawiam Kolorowo


Beatrycze


Zapraszam na Instagrama: historiesmieszka

Podobne wpisy:


piątek, 10 stycznia 2020

,,Jeden miesiąc - jeden film" cz.2

Czołgiem. Jak już mówiłam te dwa pierwsze miesiące będą czasem takich podsumowań, ale będzie też kilka innych wpisów, jak ja to mówię z du#y, aby Was nie zanudzić. Jako, że styczeń dopiero się zaczął chciałabym zrobić podsumowanie mojego challengu, który sobie postanowiłam rok temu. Już kiedyś o tym pisałam (KLIK) dlatego dzisiaj zapraszam Was na drugą część filmów, które widziałam w zeszłym roku i ich recenzji. Chodzi oczywiście o filmy kinowe.  

Wyłonimy też zwycięzce, czyli ,,zajebistość roku" i ,,syf z pępka".

Ogólnie chodzi o to, że każdego miesiąca miałam iść przynajmniej raz do kina. Nie udało mi się to niestety bo pominęłam aż, albo tylko (chociaż w sumie aż) trzy miesiące. Muszę sobie zmienić czcionkę bo mnie wku#wia i jako, że zawaliłam to moje postanowienie poopowiadam Wam o moich filmach na których byłam. 

A no i w pierwszej części napisałam, że pod koniec 2019 będę pisała o moich 24 postanowieniach i nie napisałam bo mi się nie chciało. A i to by było strasznie nudne. Większość się udało osiągnąć, a z tych nieudanych to właśnie ,,Jeden miesiąc - jeden film" jest jednym z nich. Ale już przechodzimy do gadaniny...

W czerwcu filmu nie było, był to pracowity miesiąc, bo opalałam się na leżaczku, także już zaczynamy od wtopy. Zacznijmy więc od lipca... i to z grubej rury,


,,Midsommar"

Wiem, że większość z Was czyta tylko początki po spacji, więc już mówię, żeby nie zabierać na to dzieci. Ani dorosłych, ani w ogóle nikogo. Ogólnie jestem fanką horrorów, a to że wpuszczali od 18 roku życia mogło mi dać jakąś tam czerwoną lampkę, że coś z tym filmem jest nie tak.

Ogólnie fabuła spoko, dziewczynę spotkała katastrofa, straciła całą rodzinę i z chłopakiem, który ma ją totalnie w dupie, postanawia pojechać na długie wakacje gdzieś w ciul daleko, do jakiegoś zadupia, które ma swoją miejscową zacofaną ludność. Myślicie, że tam będzie strach, duchy, jakieś zjawiska paranormalne? Spoko, nic z tych rzeczy. Nasza bohaterka zapoznaje się z dziwnymi zwyczajami tutejszych mieszkańców, sztywnych jak moja nauczycielka od matmy. Staje się jedną z nich, je to co oni, ubiera się w białe prześcieradła od Chajzera,  śpi razem z nimi, i wszyscy piją jakąś dziwną herbatkę, która sprawia, że jesteś na jakimś dziwnym haju. Wszystko byłoby okej, gdyby nie zasady, które tam panują. 



Jak kończysz 70 parę lat (nie pamiętam już ile), nie ważne czy dożyjesz, musisz skoczyć sobie z urwiska i się zabić, a jak przeżyjesz to twoje dziecko walnie cię młotkiem. Ale spokojnie, w tym samym czasie ktoś z tutejszych też musi zajść w ciąże, więc się odrodzisz. Oczywiście to "robienie dzidziusia" (są tu jakieś dzieci?) odbywa się przy wsparciu ludzi z całej wioski, a jedna nawet trzyma cię za rękę.  Film kończy się tym, że główna bohaterka staje się majową królową, obdarowana taką ilością kwiatów, że nie może się ruszać, a reszta jej przyjaciół ginie w męczarniach, podpaleni żywcem, albo zjedzeni przez kury. Ogólnie na koniec jest impreza i losują jak w totolotku, kto dzisiaj sobie umrze. Czyli zgonowanie po imprezie nabiera innego znaczenia. Znaczy się spłonie żywcem.

Ten film ma bardzo dobre recenzje, bo w sumie pomysł jest spoko. Poznajemy kulturę, która nie ma racji bytu (Boże, jak ja to mądrze napisałam), na pewno takiego filmu nie ma. Jednak opis, czy sama reklama filmu pokazuje coś innego, na co nie poszłabym z całą rodziną. Film wybierała moja siostra i do dzisiaj ma traumę, a ja muszę się kontaktować z psychologiem. Oczywiście żartuje, ale serio nie jest to gatunek na miły rodzinny wieczór w kinie. Dla bohaterów śmierć była czymś super, coś jak uśmiercanie Simów, ale dla mnie ten film jest jednak za mocny. Psychodeliczny.


3/10 w skali zajebistości

W sierpniu byłam na dwóch filmach:


,,Annabelle narodziny zła"

Ciężko mi cokolwiek o nim napisać, bo za bardzo nie pamiętam co tam się działo. Kolejna historia z lalką, która niemiłosiernie mi się myli z laleczką Chuckie. Jednak zupełnie inna od poprzednich części więc tutaj na plus. I znowu, gdyby nie ciekawość ludzka, to Annabelle siedziałaby sobie grzecznie w gablotce. Pisało, żeby nie otwierać, ale ktoś otworzyć musiał, aby była nowa część. Coś jak otwarcie puszki z mielonką, otwierasz i widzisz grozę. 


7/10 w skali zajebistości

,,Król Lew"

Powiem Wam szczerze, że jestem wielką fanką Disney'a ale tego filmu chyba jeszcze nie widziałam. Także poszłam na tą lepszą wersje. Jeśli chodzi o grafikę to jest genialna. Wyglądają, jak żywe stworzenia, muzyką również byłam zachwycona. Hakuna Matata i te klimaty, no nie ma chyba lepszych piosenek oprócz tej do reklamy Media Expert . Jedyny minus, że się nie popłakałam przy śmierci Mufasy, a jestem dosyć wrażliwa, więc to dziwne. Ale miałam katar więc chusteczki się przydały. Fajne, ale jak ktoś oglądał to nic więcej się nie działo. 


8,5 w skali zajebistości

I mamy wrzesień:


,,To - rozdział II"

Ciężko mi było oglądać ten horror, ponieważ nie widziałam pierwszej części, a ta się opierała bardzo na niej. Później sobie zobaczyłam, ale to nie to samo. Bohaterowie dorośli i powrócili po latach i Clown też powrócił i i i balony. Klimat fajny, historia bardzo, aż nie zauważyłam, że zjadłam tyle nachosów w kinie. Jaki jest jednak minus? Kompletnie nie straszne... jak tarcie zadka o beton. Albo jak ktoś wymówi Twoje imię w pracy, gdy się opierdzielasz.

Kiedyś w pewnym serialu dla dzieci słyszałam tekst że się boją clownów, węży i pająków. Więc jak się tego boicie w filmach to zapraszam do oglądania. Ja jak założę maseczkę też wyglądam jak clown.


4/10 w skali zajebistości

W październiku na filmie nie byłam, natomiast listopad:


,,Boże Ciało"

Polski film, który bardzo mi się podobał. Młody człowiek zaczyna udawać księdza. Dziwne jest to, że nikt się nie kapnął przez ten czas, ale nie o to chodzi w filmie. Ziomkowi wychodzi to bardzo dobrze. Okazuje współczucie po tragedii, która wydarzyła się na wsi, zaczyna rozumieć mieszkańców bardziej niż ktokolwiek. Jednak swoją postawą nie przypomina księdza. Historia człowieka co po gorzale odprawia msze i kompletnie nie wie jak to się robi, czasami śmieszna, a czasami cholernie prawdziwa. Moim zdaniem podobne, ale lepsze od ,,Kler". Jednak bardzo drażnił mnie ten fakt, że nikt się na początku nie zorientował, że księdzem nie jest i od tak przyjęli go do parafii. Pokazuje prawdę o kościele, może trochę naciąganą, ale kto wie, różne rzeczy się słyszało.


8/10 w skali zajebistości

W grudniu też kina nie odwiedziłam bo byłam na zakupkach.

Podsumowując tym razem oba wpisy i cały rok, czas wyłonić zwycięzce. Wyłonimy najlepszą pozycje nazwaną mianem "ZAJEBISTOŚĆ ROKU" i najgorszą, czyli ,,SYF Z PĘPKA". Panie i Panowie famfary proszę (weźcie sobie czymś tam pukajcie)... tum tum tum

Nagrodę za nominacje: ZAJEBISTOŚĆ ROKU 2019 (czyli nic) OTRZYMUJE FILM:

,,Smętarz dla zwierząt" - 9/10 punktów! 

Mówiłam, że uwielbiam horrory, a owy możecie sobie zobaczyć teraz na Netflixie! Chwilę pod nim są filmy... ,,Misz masz, czyli kogel mogel 3" i ,,Król Lew".


Nagrodę za niminacje: SYF Z PĘPKA 2019 (również nic) OTRZYMUJE FILM"


,,Midsommar" - 3/10 punktów!

Nad nim się utrzymały... ,,To - rozdział II" , ,,Eter" i ,,Kobiety Mafii 2".

Podsumowując, rok temu widziałam 11/12 filmów, czyli nie jest źle, ale może pobije ten rekord w tym roku, kto wie. Na pewno będzie jakiś wpis o tym, ale już nie w takiej formie! Ale nominacje będą of course.

A jakie byłyby Wasze nominacje do ZAJEBISTOŚCI ROKU  i SYFU Z PĘPKA? Piszcie w komentarzach, jestem bardzo ciekawa! 


Pozdrawiam Kolorowo

Beatrycze



Podobne wpisy:
7.06.2019 -> Pierwsze recenzja filmu - ,,Cudowny Chłopak"
17.05.2019 -> Historia kina - autorstwa śmieszka. 

Zapraszam też na Instagrama -> historiesmieszka


piątek, 3 stycznia 2020

,,24 powody" dla których ten rok był dla mnie wyjątkowy!

Czołgiem! Witam w 2020 roku! Odetchniemy teraz od Blogmasów, które zajmowały tutaj cały grudzień, ale fajnie by było, podobnie jak większość blogów zrobić tu jakieś podsumowanie, takie w moim stylu, także bez zbędnego pierdzenia zapraszam do czytania.... BĘDZIE ŚMIESZNIE!


,,24 powody"
Dla których ten rok był dla mnie wyjątkowy.

Po jeden... założyłam bloga. Pierwszy wpis pojawił się chwilę po moich urodzinach... 17 lutego. Dzięki tej decyzji (i faktowi, że blog.pl zawiesił działalność, ale tym się nie chwalmy) jestem tu z Wami. Tamten blog był częściej odwiedzany, ale ten mi się bardziej podoba, bo jest taki, jaki chciałabym, aby był. Zrobię wszystko w tym roku, aby miał więcej wyświetleń.

2. Pojechałam do Bułgarii - był to naprawdę wspaniały i śmieszny wypad. Jeśli słyszeliście, że jakiś polaczek zrobił tam wiochę, to byłam ja. (KLIK)

3. Byłam na koncercie zespołu ,,Enej"- podczas którego kupiłam frytki i ktoś mi je zjadł, na szczęście zostawił jednego!

4. Większość z moich postanowień na 2019 zrealizowałam - kilka mi się nie udało, nie chciało, albo po prostu w te dni co miałam je wykonać wstałam lewym łokciem. Chciałam o tym napisać, ale nie chce mi się.

5. Nie chorowałam ani troszkę - bo w sumie okres i ząb się nie liczą.

6. No i nie wyrzucili mnie z pracy za opierdalanie się - pewnie dlatego, że nie choruje.

7. Byłam na biwaku -  szamałam parówki na łonie natury, a policja sprawdzała moją trzeźwość po jeździe na rowerze miejskim (KLIK).

8. Zmieniłam styl i zaczęłam się ubierać bardziej kolorowo - wyglądam jak tęcza. Mam nawet tęczowe socksy!

9. Przeżyłam cudowne święta - wszyscy żyją, było dobre jedzonko i śmieszne wspomnienia.

10. Dostałam paprykarz szczeciński na urodziny - i ktoś mi go zjadł (KLIK).

11. Byłam na największej ilości imprez dotychczas - wypiłam chyba najwięcej wódki z tej okazji, chociaż pewna część tego trunku mi się zwróciła (nie wiem, czy jest się z czego chwalić, ale zazwyczaj jestem taka samosia więc chyba można)

12. Spotkałam się też z Agnieszką Chylińską - i nie wyprowadził mnie Pan Ochroniarz (KLIK)

13. Przeczytałam kilka cudownych książek - niektóre ponownie, by zrobić dla Was recenzje. W tym roku też będą. Przeczytałam też skład od Domestosa jak zapomniałam telefonu do kibelka.

14. Zobaczyłam masę ciekawych filmów (o których wpis niedługo!) - i dziwnych też. Ma ktoś może psychiatrę (KLIK)?

15. Polubiłam spacery do lasu - o ile nie wbija mi się kleszcz to w sumie jest spoko.

16. Sporo ćwiczyłam - nie schudłam, bo za dużo jadłam. Ale ćwiczyłam. Ma ktoś ciastko (KLIK)?

17. Byłam na Mam Talent - już po raz enty, ale tym razem wyjątkowo bo odwiedziła mnie znajoma z Warszawy! Działo się więcej, niż w kibelku po zjedzeniu krokietów z kapuchą. (KLIK)

18. Odwiedziłam Jarmark Bożonarodzeniowy i Jarmark Dominikański (KLIK)

19. Pierwszy raz tańczyłam zumbe - wyszło to piekielnie źle, w sumie w ogóle nie wyszło. Widzieliście tańczące walenie? - to by było jakoś tak mniej wiecej...

20. Pojechałam do aquaparku - a gacie podczas zjazdu mi wlazły tam gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę.

21. Byłam na łyżwach - i zaliczyłam taką glebę, że miałam dwa okrągłe siniaki na dwóch wielce okrągłych pośladkach.

22. Poznałam masę ciekawych ludzi - jak co roku i dziękuje, że są w moim życiu. Loffki kisski itepe.

23. Pierwszy raz leciałam samolotem - wcześniej jakoś nie było okazji, a i przyznam, że miałam niemałego cykora dlatego wolałam jazdę. A teraz nikt by mnie na tą jazdę nie namówił. Świetne uczucie.

24. Byłam w pijalni piwa i wina - po obu miałam mętlik w głowie, ale czułam się fantastycznie.

Pewnie większości nie mogę sobie przypomnieć. Są też takie, które chce sobie zachować w serduchu, dla siebie. Jeśli chodzi o postanowienia zeszłoroczne miałam ich aż 24, zawieszone od środkowej strony szafki na przybory do malowania. Większość się udała, niektóre nie miały prawa się spełnić... na przykład koncert Meghan Trainor, bo takowego nie było. Ale tak jak już wspomniałam ten rok wspominam dobrze, a nawet bardzo dobrze. Najważniejsze, że wszyscy są ze mną... cali i zdrowi. O minusach tego roku nie będę pisała, bo w sumie po co. Nie ma ich jakoś dużo.

W tym roku postanowień nie robię. Rok temu towarzyszył mi kalendarz, a także przez trzy lata książka o której zapewne niebawem napiszę. W kalendarzu wypisywałam rzeczy do zrobienia, ale często je przekładałam. Bo to ktoś nie mógł, bo mi się zmieniły plany i było mi z tego powodu smutno. Planowanie tygodnia wcześniej chyba nie jest dla mnie, bo za szybko wszystko się zmienia i serio dziwie się ludziom, którzy używają kalendarze czasowe:

12:00 -13:00 - obiad i spotkanie z Sebą
13:-00-14:00 - przychodzi Ola na plotki
14:00 - 15:00 - zrobię se kupę i mielone na jutro (sorry Ola, ale musisz już iść)

W moim przypadku to pewnie Ola nawet by nie przyszła bo by się okazało, że musi jechać z siostrą do dentysty. Żeby nie było... ja nie mam do moich znajomych jakichkolwiek pretensji, bo znajdują dla mnie czas, a i ja czasami zmieniam plany. Po prostu system kalendarzowy nie jest dla mnie i w tym roku ani nic bardziej nie planuje, ani w kalendarzu nie zapisuje.

Moje plany noworoczne są w sumie dwa... cieszyć się życiem i trochę schudnąć, bo po świętach przytyłam aż kilo! Chciałabym z każdego dnia się cieszyć i być radosną dziewczyną, a także dla Was klikać. No i może kogoś ciekawego poznać w tym roku. Ale to takie małe marzenia. Co będzie to zobaczycie pewnie w następnych wpisach! Mam masę pomysłów, będą recenzje książek, płyt, filmów, będą moje śmieszkawe historie, a nawet konkurs!

W styczniu będzie trochę podsumowań, które pewnie przełożą się aż na luty, bo tam będzie rocznica tego bloga, ale postaram się robić też wpisy takie klasyczne, które mam nadzieję, że rozśmieszą Was do łez!



A czy Wy macie jakieś postanowienia noworoczne? Może lepicie mielone na dzisiaj? Opowiadajcie w komentarzach, wszystkich blogi odwiedzam z przyjemnością :).





INSTAGRAM: historiesmieszka


Pozdrawiam Kolorowo


Beatrycze


Recenzja pewnego dziennika - ,,Moje Q&A".

Czołgiem, dziś będzie nietypowo, bo będzie to recenzja książki , którą dostałam trzy lata temu, a właściwie dziennika, który prowadziłam prz...