piątek, 18 września 2020

Recenzja mojej ulubionej książki - ,,Mały Książę".

Czołgiem! Ale ja już dawno do Was nie przybywałam z czytelniczą recenzją. Przyznam szczerze, że w wakacje mało czytałam, może troszkę poradników i składy szamponów, ale nic, co bym Wam mogła pokazać. Jesień znaczy u mnie teraz dużo pisania, czytania i oglądania, kupiłam też trzy książki, więc na dniach recenzje powinny się pojawić. Także weźcie sobie kawę, sernik (bez rodzynek), czy co tam chcecie i zapraszam na recenzje uroczej książeczki.




Zapytam już na początku. Czy jest tutaj ktokolwiek, kto nie zna ,,Małego Księcia"!. ęcia ęcia ęcia (to echo, gdyby ktoś pytał). Piszcie w komentarzu, bo w sumie jestem ciekawa, czy taki rodzynek (są fuj) się znajdzie, jeśli tak to koniecznie musisz przeczytać. Tę książkę czytałam już trzy razy, ostatni raz wczoraj, łamane na przedwczoraj, żeby Wam na świeżo przedstawić zawartość. Też dlatego, że w końcu kupiłam sobie własny egzemplarz, wiem, że to nie jest oryginał, ale kupiłam za dyszku i moja wewnętrzna Grażyna promocyjna się cieszy. Pierwszy fakt, jaki mi od razu wlazł w łepetynę, to ten, który jest zapisany na końcu książeczki. Jest ona dla dzieci, nastolatków, dorosłych i tych starszych, każdy ją zinterpretuje, jak chce.


I ta dycha :P


Ja ją pierwszy raz czytałam pod koniec podstawówki, gdy miałam jakieś 11 lat. Poleciła mi ją Pani Bibliotekarka. Wtedy książka wydawała mi się aż za dziecinna nawet dla mnie. Wyniosłam z niej tyle, że był sobie Mały Książę, który miał po prostu swoje przygody, niczym postać Disneya.

Później czytałam ją w gimnazjum, jako lekturę szkolną i właśnie wtedy zaczęła mi się podobać. Pochwalę się i powiem, że ze sprawdzianu dostałam szóstkę. Zrozumiałam z niej wtedy, że nie warto czekać do czasów, aż będę dorosła, bo wtedy są tylko same problemy. Warto pozostać jednak tym dzieciakiem, aż do kresów możliwości. Dorośli inaczej funkcjonują niż dzieci i wiele nie rozumieją z ich punktu widzenia.




Gdy czytałam ją teraz, uświadomiłam sobie, jako dorosła już (niestety, ma ktoś pożyczyć żółtą kredkę?) osoba, że ludzie strasznie są zapatrzeni w siebie, niczym ten Król, co rządził wszystkimi i niczym, albo Biznesmen, dla którego liczyły się tylko liczby, czyli pieniądze. Faktycznie coś w tym jest, dzisiaj pieniądz rządzi światem. Są jednak rzeczy, których nie można kupić, na przykład prawdziwa przyjaźń.

,,Mały Książę" ma w sobie wiele cytatów, które przenikają w serducho. Przede wszystkim powinniśmy zauważać na co dzień więcej i zwracać większą uwagę na to, co nas otacza jak główny bohater na swoją Różę. Ja jeszcze niedawno nienawidziłam lasu obok siebie, teraz nie wyobrażam sobie braku spacerów w takiej bliskości przyrody.

Każdy człowiek, podobnie jak mieszkańcy różnych planet, ma swoją jakąś historię, własne wnętrze i nie powinniśmy go oceniać, wiedząc bardzo niewiele o danej osobie, a niestety często to robimy.

Kto by pomyślał, że blond bohater w dziwnym wdzianku, który wygląda jak jakiś hipis - artysta - menel, tak bardzo zmieni moje i nie tylko, tory myślenia. To jest moja ulubiona pozycja książkowa i po prostu chciałam Wam to pokazać. Może nie narysuje pudełka, w którym jest baranek, ale chociaż Wam przypomnę, że są takie książki, o których powinno się pamiętać latami.

No to teraz pytanie do Was. Co przedstawia obrazek?


Chciałabym Was bardzo zaprosić na najnowsze informacje dotyczące mojej książki -> KLIK

Tam informacje, świeże ciekawostki i śmieszne cytaty. Powoli poznacie bohaterów.

Osoby, które zostawiły tam komentarz, równie odwiedzę!

Powoli już szukam recenzentów, więc można się zgłaszać :).

Zapraszam też na Instagrama!

Pozdrawiam Kolorowo

Beatrycze


Podobne wpisy:



piątek, 11 września 2020

,,24 powody" dla których nienawidziłam chodzić do szkoły + ogłoszenie.

Czołgiem! Dzisiaj dla Was mam (famfary prosz) nowy wpis z Waszej ulubionej kategorii. Mam wiele pomysłów na tę serię, aż głowa mała.


Zaczął się nowy rok szkolny, trochę dziwnie, trochę inaczej, ale pomijając wszystko, chciałabym Wam opowiedzieć moje:

,,24 powody" dla których nienawidziłam chodzić do szkoły.


Po jeden. Nienawidzę po dziś dzień uczyć się rzeczy, które nie są mi potrzebne w życiu, weźmy taka:

chemia - znasz całą tablice Mendelejewa, ale za cholerę nie wiesz, czy możesz wziąć dany lek, albo jaki gaz (głaz) Cię zabije.

biologia - doskonale znasz wszystkie porosty i rodzaje ameb (czasem ludzkich), ale nie wiesz gdzie, w ciele człowieka znajduje się jakaś kość, która "chyba" pobolewa, a idąc na grzyby, nie wiesz, które są trujące.

polski - znasz wszystkie stare lektury, ale nie wiesz, jak poprawnie napisać podanie o pracę nie korzystając z internetu.

matma - obliczywszy ile dzieci potrzeba do wkręcenia żarówki oraz ile ziemniaków o promieniu X zmieści się do worka, już wiesz, że za cholerę nie ogarniesz zwykłego PIT-a, czy lokaty w banku.

Można wymieniać i wymieniać, ale łapiecie, o co chodzi...


2. Mam wrażenie, że większość nauczycieli nie lubi dzieci, ani młodzieży i jest tu na siłę.

3. Szkoły w Ameryce - ogromne boisko, wsparcie różnorodnych zainteresowań, liderki cheeru

Szkoły w Polsce - patrzcie, mydło dali!


4. Kiedy znasz odpowiedź na jakieś pytanie, ale wstydzisz się podnieść ręki - to często jest efekt sztywnych zajęć, albo faktu, że nauczyciele karcą i wyśmiewają, jak powiesz coś głupiego.

5. Porównywanie do starszego rodzeństwa.

6. W-F - czyli tak zwane Wywalanie Frajerów - jesteś słabszy fizycznie? Spokojnie już wiemy, że twoja psychika zostanie zmiecona pod dywan przez szereg lat, kiedy Twoim w-fowym partnerem jest ściana.

7. Wycieczki klasowe - pojedziemy do aquaparku? Na konie? Ognisko? Kolonie? Nie tym razem moi kochani. Pojedziemy do Muzeum Starego Próchna i będziemy oglądali najstarsze drzewa wraz z naszą 80-letnią nauczycielką. Próchno gada o próchnie.

8. Oprowadzenie po szkole - gdy byłam na dniach otwartych, szkoła wyglądała na wypasioną. Mieli nawet fontannę z czekoladą, którą jak się okazało, wyciągali tylko raz na rok. Właśnie na dni otwarte. A jak to później wyglądało z mojej perspektywy: Proszę Państwa po lewej widzicie syf, a po prawej chujnię.

9. Nauczyciele, którzy nie do końca kumają swój przedmiot - skoro Ty uczysz 1 przedmiotu i korzystasz wyłącznie z książki, to jak my mamy UMIEĆ to wszystko?

10. Uczniowie muszą przynieść pracę domową na dany termin, ale nauczyciele miesiąc mogą sprawdzać kartkówki.

11. Nauczycielki od Angielskiego ciągle są w ciąży, natomiast matematyczki w ogóle nie chorują. Udowodnione naukowo.

12. Spóźniłeś się na lekcje, bo twój PKS się spóźnił? Spokojnie będzie pytanko!

13. Nie dostałam nagrody za 100% frekwencji tylko dlatego, że jestem z powiatu Gdańskiego, a sponsor tego nie obejmował. Tak wiem, żale się, bo wciąż trzymam focha.

14. Wszystko jest stare - jest 2020... fajne laptopy, dotykowe telefony, płatność zegarkiem, a tymczasem w szkole: tablica na kredę pamiętająca zapiski z 1932 i nagle na film wjeżdża stary telewizor z dupą na kółkach przez pół szkoły, bo jest tylko jeden na cały budynek i oglądacie ,,Potop" na video.

15. Krytykowanie ludzi za wygląd - szczególnie za kolor włosów moim zdaniem jest niestosowne.

16. Nietolerowanie odmienności - nie od dzisiaj wiadomo, że introwertycy, osoby z różnymi zaburzeniami, jakieś młodzieżowe społeczności mają bardzo trudno w szkole.

17. Przeładowany materiał - cały rozdział w tydzień, w tym powtórzenie, chociaż nikt podstawy nie kuma i musi się uczyć w domu, a jak nie masz korepetycji, to zapomnij, że będziesz miał przyzwoitą ocenę. Hajs musi się zgadzać, chociaż ponoć szkoła jest za darmo.

18. Mamy wolne z okazji świąt - super, to jest świetna okazja, aby po tym okresie zrobić sprawdzian z całego semestru, zaraz po sylwestrze! Do tego jeszcze ,,Chłopi" do przeczytania i już nie będziecie się nudzić. Aż czuć tę świąteczną atmosferę!

19. Zmuszanie ludzi, aby brali udział w konkursach - pamiętam miałam z tym problem, bo uważali, że umiem dobrze rysować (hahahahaha ha), a byłam tak zawalana nimi, że nie chciało mi się nawet ostrzyć ołówków.

20. Umysł humanistyczny kontra umysł matematyczny - to są naprawdę dwa rozdzielne elementy, ja z zasady z języka polskiego w ogóle się nie uczyłam, natomiast z matmy jestem kompletny debil, nawet całonocne kucie nic nie da, ale i tak nauczyciele wiedzą swoje.

21. Szkolne sklepiki - nie od dziś wiadomo, że jeśli takowy w placówce edukacyjnej jest, to ma w ofercie tylko ciastka o smaku tynku ze ściany (nie pytajcie, skąd wiem, jak smakuje tynk. To były dziwne czasy). Mamy się zdrowo odżywiać, co z tego, że obok jest Biedronka.

22. Projekty grupowe - czy tylko ja zawsze miałam takiego niefarta, że trafiałam na bandę debili i leniuchów i wszystko musiałam za nich robić, bo nawet jak ruszyli swoje dupska, to było wiadome, że całość wyjdzie tak, jakby ktoś zjadł kartkę papieru, zwymiotował, jeszcze raz zjadł i jeszcze raz... nieważne.

23. Nauczyciele, którzy dręczą uczniów bezpodstawnie - często nawet nie wiedząc, że mogą mieć jakieś problemy w domu. Sama miałam taką nauczycielkę, która mnie po prostu nienawidziła, tylko dlatego, że była tempa, jak kilo gwoździ w papierowym opakowaniu, a ja poprawiałam na lekcji jej braki związane z wiedzą z j.polskiego. Koniec końców zapraszała moją rodzicielkę, a ja mówiłam, że jest jak groźna niedźwiedzica i broni swojego stada, a na koniec szkoły powiedziałam, że jest chujową nauczycielką. Bywa. 

,,Głupoty nie skleisz taśmą. Wszystko inne w sumie da się naprawić, o ile masz dwustronną." - Beatrycze 2020.

24. Masz jakiś talent i naprawdę bardzo się przyłożyłeś do tego konkursu? - spokojnie, dziecko nauczyciela, cokolwiek by nie zrobiło i tak zajmie pierwsze miejsce. W końcu zacznij się przyzwyczajać od dzieciora, że są równi i równiejsi.

Mam nadzieję, że moje powody Wam się podobały. Nie ważne, czy chodziliście, chodzicie, a może już Wasze pociechy, wnuki chodzą, z jakim punktem najczęściej się stykaliście/stykacie? A może byście coś dodali?


Pozdrawiam Kolorowo

Beatrycze


Podobne wpisy:

Ale czekaj, czekaj... miałam coś ogłosić, więc jeszcze nie opuszczaj tej zacnej strony. Chciałabym Wam powiedzieć, że pracuje nad moim projektem życia. Niedawno u Agnieszki (KLIK) pojawił się post związany z moją skromną osobą, na który serdecznie zapraszam. Wspomniałam tam o książce i teraz mówię, po raz pierwszy na moim blogu, że chce spełnić moje największe marzenie, czyli napisać, a może nawet wydać książkę. To pierwsze na pewno się spełni, a druga wersja, cóż... zobaczymy, na pewno będę walczyć, ale jestem w tym nowa. Najpierw jednak trzeba ją napisać. Teraz troszkę informacji na temat mojego projektu:

Opowiadanie nosi tytuł ,,Historia Śmieszka", czyli podobnie jak mój blog, ale w liczbie pojedynczej. U Agnieszki wspomniałam, że jest to książka o mnie, ale tak nie do końca. Główna postać jest fikcyjna, poznacie bardzo roztrzepanego Karolka, który, mimo iż nie ma nazwiska, ma wiele moich cech osobowości i zobaczycie troszeczkę świata z mojej, a jednocześnie nie mojej perspektywy. Żem poplątała. Historie przedstawione w tej książce są jednak całkowicie wymyślone, a postacie z nikim niezwiązane. Karolek, mimo że niedawno skończył 26 lat, ma całkiem przyzwoitą grzywkę, chodzi kolorowo ubrany i dzieli szafe na dwie części, wciąż czuje się, jak dziecko. Nie może a może i nawet nie chce wyjść ze strefy komfortu, chociaż wewnętrznie drażni go samotność i miłość do zamężnej sąsiadki. Świat staje do góry nogami, gdy jego młodszy brat - Janek postanawia się wyprowadzić z domu. Nasz główny bohater uświadamia sobie, że czas dorosnąć i wziąć sprawy, miłosne i te niemiłosne w swoje ręce. Wtedy na osiedle wprowadzają się nowi sąsiedzi. To para kuzynów, która zmieni kompletnie życie Karolka i zmusi go do wyjścia ze strefy komfortu. Czy jednak w tej nowej będzie czuł się dostatecznie dobrze?

Śmieszna, romantyczna i jednocześnie wzruszająca historia, pokazująca, jak działa wyobraźnia osoby hiper wrażliwej, bardziej podatne na bodźce i posiadającą nerwicę natręctw, czyli właśnie w tej kwestii znajdziecie mnie. Czytałam w życiu wiele książek, chociaż rzadko robie na blogu o nich recenzje, to jeszcze nie słyszałam o takiej, która by poruszała takie wartości jak moja, więc mam nadzieję, że Wam się spodoba. Pisana oczywiście w znanym dla Was języku.

Więcej informacji pojawi się już w sobotę w zakładce po prawej stronie. Tam znajdziecie ciekawostki, zobaczycie, na jakim etapie jest moje pisanie, a także będziecie mogli jako pierwsi zrecenzować moje bazgroły. Tylko czy znajdę chętnych?


Zapraszam serdecznie na mojego Instagrama - tam o wiele więcej -> KLIK

piątek, 4 września 2020

Recezja słodyczy zza granicy.

Czołgiem! Dzisiaj przychodzę do Was z czymś innym. Czekaj... ja zawsze piszę na początku, że będzie o czymś nietypowym. Po prostu staram się, żeby tu było ciekawie i różnorodnie, ale ma wpadać kontekstem w mojego bloga, który jest o dupie marynie...

Już dawno miałam przygotować ten post, ale samo kupienie tych rzeczy trochę mi zajęło, teraz już jestem gotowa i w pasie startowym. Zrobimy, podobnie jak w recenzji filmów, skalę zajebistości. Tym razem od 1 do 5. Im wyżej, tym lepiej. Zacznijmy więc i skończmy moją bezsensowną gadkę.


Jako pierwsze na ogień idą dwa napoje marki ,,Sagiko", pewnie po japońsku, chińsku, czy tam po koreańsku, oznacza to wymiociny. Jeden kosztował 4 zł, czyli zmarnowałam niecałą dychę. Smak liczi, czyli ch#j wie czego i ananas (który nadaje się wyłącznie do pizzy). Zaczęłam od tego drugiego. Wyobraźcie sobie, że pijecie tę wodę z puszki po ananasach. To mniej więcej tak smakowało, ale konsystencje miało dżemu, pozostawionego na słońcu przez dłuższy czas. Dłużej trzymane w ustach zmieniało smak na ten, porównywalny z nazwą na nasz ojczysty język. To różowe smak ma trochę lepszy, ale daleko mu do Fanty. Bardzo słodkie, niegazowane, jakbym piła syrop. Totalnie nie wiem, kto to kupuje, ja nie wypiłam ani jednej puszki do końca.



Sagiko -> Ocena: 0/5

Bob Snail - kupiłam to w czasie, gdy jeszcze nie było tak popularne na polskim rynku, teraz jest nawet w Biedronce, więc trochę wtopa. Ludzie zachwycali się tym, że to zdrowy słodycz i ma super skład. Faktycznie skład to dżem z samych owocków, a po odpakowaniu mamy trzy wstążki o smaku... marmolady. Dosłownie, jakbyśmy ją jedli. W ogóle nie przypomina żelków. Za trzy takie wstążki zapłaciłam ok 5zł. Cenowo szału nie ma. Smakowo też nie, raczej bym nie wróciła. Przynajmniej dało się zjeść...

Bob Snail -> Ocena: 2/5


Boom Bastic - batonik z Bułgarii, czekoladowy, a w środku polewa również czekoladowa. Coś chyba jak nasz sękacz. Był bardzo twardy, ale do zjedzenia. Niestety ta twardość by mi przeszkadzała, żeby tak z przyjemnością zajadać. Smak ok, ale to jak jedzenie kamienia polanego Nutellą.


Boom Bastic -> Ocena: 2/5


Wave - czekoladowe mleko w kartoniku. Nie mam zdjęcia, ale skład niczego sobie. Smakowo bardzo dobrze, nawet lepiej niż nasze Polskie smakowe mleczka. Naprawdę dobre kakao.



Wave -> Ocena: 5/5


Ruffles - chipsy solone, karbowane. Powiem Wam szczerze, że myślałam, iż będą smakowały troszkę inaczej. Trochę taka podróba Lays'ów. Smakowo da się zjeść, ale jednak podróba gorzej wypada przeważnie.



Ruffles -> Ocena: 3,5/5


Toblerone - tak wiem, że to już jest od dawna w Polsce, ale ja jeszcze nie jadłam. Tutaj, obok Zbycha mamy taką wersję mini. Był szał na to, więc postanowiłam spróbować. Na początku stwierdziłam, że jest zjadliwe, ale nie kupie więcej. Później kupiłam. Typowa baba. Dla tych, co nie jedli - czekoladowy batonik z jakimiś kawałkami czegoś w środku (ale pomogłam).



Toblerone -> Ocena: 4/5


Te trzy batoniki przedstawię razem, bo były równie do dupy. Wszystkie smakowały jak margaryna. Dosłownie. Wybaczcie za ekspozycje, bo zdjęcie z hotelu. Pamiętacie te tanie mikołaje na święta? To mniej więcej coś takiego. Kto to je!



Batoniki -> Ocena: 1/5

YoYo - skusił mnie tym, że kiedyś były takie w biedrze, a już nie ma. Niestety to nie ten sam smak. Jest dobre, ale daleko mu do naszego. Czekoladka z ryżem preparowanym. Powiem tak, czekolada bardzo dobra, ale ryżu tyle, co napłakał. Czemu wycofali te czekoladki z biedronki? Lubiłam je.



YoYo -> Ocena: 2,5/5


To by było tyle! Mam nadzieję, ze wpis Wam się podobał i zamieszczam go do Śmieszkawych Recenzji, gdzie znajdziecie m.in. recenzje filmów i seriali, a także gier planszowych, książek i różnego rodzaju openingi!

A za tydzień środek września, czyli dowiecie się o moim wielkim projekcie, ale spokojnie będzie też tradycyjny post związany ze szkołą.


Pozdrawiam Kolorowo

Beatrycze


Podobne wpisy:

13.09.2019r. -> Opening toreb Surprise z Tigera.

10.05.2019r. -> Recenzja ,,Śmieszka" - Martina Stankiewicza.


piątek, 28 sierpnia 2020

,,Najgorsza z w-f'u" - historia o krzywym koszyku i tańcu godowym. #3

Czołgiem! Dzisiaj z rozpędu i przez drzwi wbijamy do jednego z moich ulubionych projektów, czyli ,,Najgorsza z w-f'u". Zapraszam na historię o dwóch kolejnych miesiącach mojej ciężkiej pracy nad poprawą sylwetki.

Maj - dla mnie zaczął się bardzo źle. Niestety po kolejnym stawaniu na wagę ogarniałam, że zamiast iść w dół to stoję, a później nawet przytyłam. Miałam straszną załamkę, ale postanowiłam się nie poddawać, regularnie ważyć swoje sadło i sprowadzić dietę na bardzo wysoki poziom. Tak wyglądały już moje Biedronkowe zakupy (w sumie zjadliwie co nie?) , kupiłam sobie też shaker, który mógłby co najmniej wymieszać mleko z kakałkiem. Liczyłam każdą kalorię, aż przesadnie np. herbatę bez cukru, która miała jedynie 3 kcal. Zrobiłam sobie ogólna dietę 1500 - 1600 kcal. W programie o grubasach dostawali dietę 1200, a ponoć nie można mniejszej niż 1000, aby się nie wycieńczyć. Rozmawiałam troszkę z osobami, które się na tym znają, więc myśle, że taka dieta będzie okej...


Przy diecie 1200 kcal byłam głodna i wzrokiem zamieniałam ludzi w jedzenie, natomiast ta o 300 kcal większa już mi lepiej odpowiada. Starałam się jeść zdrowo, ale wiadomo, czasami jakiś fast food wleciał. Liczenie takich kalorii poza domem było łatwe, o ile odwiedzałam jakąś znaną, markową knajpkę, wtedy aplikacja wiedziała ile dany posiłek ma energii, albo pisało na pudełku. Z innymi restauracjami był problem, więc wiadomo, wpisywałam "mniej więcej".


Czasami ciężko było odpędzić się od złej żywności, aczkolwiek gdy wiedziałam, że czeka mnie pizza (ok 1000-1100 kcal), to jadłam połowę na obiad, a połowę na kolacje, aby się nie objadać, a zaliczyć w ramach tych kalorii dwa, trzy posiłki. Z tych 400 zjadałam śniadanie, 2 śniadanie, a czasami nawet starczało na przekąskę. Dobry jogurt z malinami to lekko ponad 100 kcal! Zaczynało mnie to jedzenie smakować, a i zauważyłam, że w wielu galeriach, czy restauracjach można zjeść fajnie, smacznie i fit. Trzeba pamiętać, że kalorię nie są równe, więc nie jadłam często tych śmieci. Dobra sałatka może mieć 500 kcal, czyli tyle, co mały burger z Mc, ale wiadomo, to pierwsze ma więcej witamin.


Czerwiec - Dalej biegałam. Miałam tylko jeden stanik sportowy, więc dokupiłam drugi, który już wygląda jak porządna gimnastyczka, gdybym tylko miała cycki. Kupiłam sobie też rower, bo mój już nie domagał. Większość z Was już go widziała na insta. Oczywiście na samym początku okazało się, że nie potrafiłam dokręcić śrubek do końca i za każdym razem coś tam odlatywało. Później nawet dorobiłam się koszyka, który po dziś dzień jest krzywy. Wybrałam się też na bardzo długą wycieczkę, którą opisałam tutaj na blogu.



Oprócz tego bardzo liczyłam to, co zjadłam. Nie miałam za bardzo jak na początku, a na oko to chłop w szpitalu leżał, dlatego kupiłam sobie kuchenną wagę, która mega mi się sprawdza.


Gdy jeździliśmy nad jezioro, ja próbowałam jak najdalej przepłynąć. Później strasznie mnie bolały ramiona. Znalazłam też kilka treningów tanecznych na YouTube, które bardzo mi się podobały. Wprawdzie wyglądałam zapewne, jakbym odbywała taniec godowy i szukała partnera z gatunku goryla do stosunku, ale na szczęście nikt (chyba) tego nie widział.


Waga zaczęła mi powoli maleć i nie mam pojęcia, dlaczego wtedy pokazywała tak dużo. Zauważyłam też, że szybciej się najadam, sporo zostawiam i zwyczajnie "już nie mogę". Mój dwukilogramowy hantelek miał awarię, ale czego nie naprawi się taśmą. Macie tu jakiegoś inżyniera?

Mam nadzieję, że ten wpis Wam się spodobał i może, kto wie, kogoś zmotywował. Już za miesiąc zapraszam na czwartą część moich wyzwań z lipca i sierpnia! Oby się udało do końca roku, bo wita nas jesień i się troszkę boję tego zimowego zastania.


Pozdrawiam Kolorowo

Beatrycze


ZAPRASZAM NA INSTAGRAMA, GDZIE ZOBACZYCIE BIEDNY CIĘŻAREK OKLEJONY TAŚMĄ I INNE TAKIE ZWIĄZANE Z PROJEKTEM

Reszta wpisów z tego projektu:

19.06.2020r. -> Dlaczego taka nazwa? #1

17.07.2020r. -> Historia o pewnej frytce i ostrym cieniu mgły. #2


Efekt - 2kg

Recenzja mojej ulubionej książki - ,,Mały Książę".

Czołgiem! Ale ja już dawno do Was nie przybywałam z czytelniczą recenzją. Przyznam szczerze, że w wakacje mało czytałam, może troszkę poradn...