piątek, 23 sierpnia 2019

Co ja gryzmole? - Mały Książe w nowej odsłonie.

Czołgiem! Dzisiaj po dłuuuuuugim czasie kolejny wpis z serii ,,Co ja gryzmole".Znowu przyszła mi ochota na malowanie, nawet kolejne dwa wpisy są już w planach, ale po kolei, aby Was nie zanudzić. 

Farby olejne, które niemiłosiernie cuchną.

Wracając do postu i zmieniając tą idiotyczną czcionkę, chciałam się pożalić, że mój ulubiony serial na Netflixie mi się skończył i kolejny sezon będzie 2020 roku. Nie wiedząc, czy dożyje, postanowiłam troszkę pomalować i zrobić coś, czego dawno nie robiłam, czyli oleje na płótnie. 


Dwa proste płótna kupiłam w Empiku, za naprawdę niską cenę. Zdecydowanie lepiej się na nich maluje, niż na tych droższych, do powieszenia na ścianie. Tym razem obraz chcę przykleić na ścianę przed sedesem, dlatego taśma dwustronna (która swoją drogą czyni cuda w naprawianiu) powinna mi wystarczyć.



Dzieło sztuki to to nie jest bo nie potrafię malować tą śmierdzącą farbą. Wali po całym domu, a i zmyć się tego nie da z ubrań (i z psa). Na dodatek suszy się strasznie długo. Malowałam we wtorek, teraz Wam pokazuje, ale pewnie wciąż się suszy. (EDIT: tak wciąż się suszy, kciuk sobie uje... ubrudziłam żółtą farbą) Ale od czegoś naukę trzeba zacząć, dlatego postawiłam na świetnego bohatera, jakim jest Mały Książę.

To co Lisek ma na du*ie to nie wrzód, a wulkan.

Na początku machnęłam tło akwarelką, to szybko wyschło więc, chwilę później (czyt. dwa dni później) naszkicowałam postać, a później zaczęłam malować. Całość nie wygląda może jak coś, co ocieka zajebistością, ale na pewno lepiej mi wyszło, niż ostatnie ,,abstrakcje". A i te moje ,,pstrykanie akwarelami z promocji na końcu"!


A tutaj jest mój szkic i jeszcze jeden, starszy rysunek akwarelami:


,,Mały Książę" to wciąż
moja ulubiona książka.









Nie umiem jakoś super malować, czasami mi wyjdzie jakiś szkic, szczególnie postacie. Niebawem Wam pokaże, jakieś portrety lepiej mi wychodzą ze zdjęć, niż malowanie farbami i inne takie. Ale lubię to robić, więc why not?

Niedługo szykuje się dziwny wpis, ale potrzebuje Waszej rady. Chcę kupić coś za 50 zł, zrobić jakiś opening badziewia, tylko nie wiem, jaki sklep wybrać... Empik, Tiger, Biedronka, Pepco, czy może chińczyk? Dawajcie znać w komentarzach.

Otworzyłam też nowego Instagrama dla tego bloga oficjalnego! Będzie tam z wyprzedzeniem o postach i takich tam, także zapraszam, bo ten poprzedni to raczej mój osobisty jest -> historiesmieszka   !!




Pozdrawiam Kolorowo


Beatrycze


piątek, 16 sierpnia 2019

Tablica Wspomnień, czyli o pamiątkach słów kilka (opening).

Czołgiem! Dzisiaj wpis ciutek inny bo chciałabym Was do czegoś zachęcić, a do czego to już dowiecie się, jak przeczytacie resztę wpisu. Poprzednie notki były długie, dzisiaj postaram się krótko, zwięźle i na temat.

Dużo osób z Was pewnie ma jakieś pamiątki. Z wyjazdów i innych takich.... jakieś magnesy, znaczki, kartki pocztowe, czy nawet kamienie z Gdyni podpisane ,,Made in China", albo muszelkę, która szumi, jak się ją przyłoży do ucha. Normalnie kupicie sobie coś i nie jesteście w stanie tego wyrzucić bo macie z tymi rzeczami dobre wspomnienia. Coś jak obrączka, no chyba, że jesteście po rozwodzie. A i ja mam taką małą kolekcję, a właściwie uwielbiam robić zdjęcia wszystkim wyjątkowym chwilą. A mam ich wiele, jak każdy z nas. 



Nienawidzę jednak, gdy zdjęcia pozostają na telefonie, gdzieś tam na komputerze, czy na karcie pamięci, więc staram się te najważniejsze wywoływać. Nie chodzi mi o samojebki, czy zdjęcie jakiejś wyjątkowej kupy pozostawionej przez Reksa na chodniku, chodzi mi o takie zdjęcia przy których można się zatrzymać i mieć naprawdę miłe wspomnienia.



Co pół roku mniej więcej biorę zdjęcia i je wywołuje. Zazwyczaj zbieram te od moich lutowych urodzin do sierpnia, a potem te od sierpnia dalej wywołuje dopiero w styczniu, aby zabrać ze sobą trochę wspomnień z sylwestra, czyli zdjęć telewizora na którym leci Maryla Rodowicz, świeżo odpakowana, aby móc dać czadu w Polsacie.

Pamiętam kiedyś, jak wracaliśmy z wyjazdu Tata zawsze oddawał kliszę do wywołania i uwielbiałam ten moment, gdy w końcu mogliśmy zobaczyć te wszystkie zdjęcia. Teraz możemy klikać do woli, wtedy kosztowało to więcej, na dodatek to, co pstryknęliśmy zobaczyliśmy po wywołaniu. Dzisiaj jest inaczej, bo po zrobieniu fotki od razu widzimy, jak ona wygląda, a jak chu#owo to robimy jeszcze raz i jeszcze raz, aż do perfekcji, niczym Instagrama Taylor Swift.




Jednak te zdjęcia jakoś nam umierają w tych wszystkich urządzeniach, dlatego ja te najciekawsze wywołuje. Polecam do tego aplikacje Empik Foto. Z różnych próbowałam, ale tam jest najtańsza i ma najwięcej możliwości edycji zdjęcia. Można zrobić nawet kubek ze zdjęciem swojej pupy! Wgrywamy zdjęcia, a potem przycinamy tak jak chcemy. Dosłownie dwa dni później nasze fotki są gotowe i naprawdę dobrej jakości (o ile samo zdjęcie jest zrobione ostro i wyraźnie), ja nie jestem najlepszym fotografem, ale jakościowo naprawdę na plus.

Takie pamiątki są super i fajnie przynudzać nimi przyjaciół. Mam też Tablicę Wspomnień:




Może nie widać, ale jest korkowa i zawiera mnóstwo rzeczy, być może i śmieci, które mają dla mnie ogromną wartość. Jest między innymi pierwszy bilet na metro, samolot, pendolino.., kilka ciekawych autografów, stara bielizna,  bilety z ważnych koncertów, kartki z wyjazdów i wiele innych rzeczy, których nie widać. Nie wolno tego tykać, bo połowa spadnie pod łóżko. Ale przynajmniej mam motywacje, żeby tam sprzątać!

Dzisiaj to by było na tyle. Czy Wy wywołujecie zdjęcia? A może macie masę w ramkach, tak jak ja? 

Jak będzie nas troszkę więcej, to zrobię konkurs. Mam nadzieję, że Wam się spodoba, chociaż jeszcze nie mam pomysłu. Jak macie to chętnie poczytam.

A Was zapraszam do wpisywania się do ,,Dodaj swojego bloga" -> po prawej stronie. Cisza tam, a naprawdę warto, bo będzie mi się lepiej Was odwiedzało!



Pozdrawiam Kolorowo


Beatrycze

piątek, 9 sierpnia 2019

Co by było gdybym... prowadziła bloga kosmetycznego?

Czołgiem! Dzisiaj akurat mam chęć na wpis o czymś, o czym nigdy nie pisałam i chciałabym się sprawdzić. Często czytam blogi o kosmetykach i jestem pod wielkim wrażeniem Waszej wiedzy. Także dzisiaj zainspirowana zapraszam na humorystyczny wpis rodem z bloga kosmetycznego. Wpis długi, ale zapewniam, że śmieszny!

Edit: Trochę dziwnego bloga kosmetycznego.

Aby jako tako zacząć postanowiłam wygrzebać i porobić zdjęcia swoim kosmetykom i innym takim których używam na co dzień. Nie mam ich wiele, nie są jakieś szczególnie drogie (bo jestem biedna) i używam zasady, że niczego nie dokupuję, chyba że coś od kogoś dostanę, lub mi się po prostu skończy. Dzisiaj wpis o tym, czego ja używam na co dzień, pomijając papier toaletowy, szczoteczki do zębów i maści na ból dupy.

U góry jest głowa (u większości z nas), więc zaczniemy od tej właśnie części, a konkretniej włosów skóry głowy - bo tak zawsze mówią w tych reklamach kosmetycznych.



Sorki za jakość zdjęcia, było ciemno.
Po lewej mam takie jednorazowe odżywki do włosów z Biedry. W sumie są nawet fajne i po nich są miękkie włosy skóry głowy, także polecam, są różne, ale wszystkie po prostu zmiękczają fajnie włosy skóry głowy. Nie wiem jak z innymi, nie próbowałam. Później mamy szampon. Pewnie większość z Was używa jakiś droższych, ale ja muszę tylko ten bo po innych mam łupieżu tyle, że można by pomylić pory roku. Szampon ten jest sławny bo grał w filmie ,,Rrrr" - swoją drogą zaraz będzie ciemno! Później jest odżywka, która działa podobnie jak te saszetki, ale nawet ładnie pachnie. Nie mam ulubionych odżywek, biorę co tam mi się wrzuci w łapki, ale na pewno lepiej się wyciska niż ta odżywka na wypadające włosy z Seboradin. Bardzo ciężko się z niej korzysta i była o wiele droższa, ale bardziej do dupy, chociaż tam nie używałam. Koniec końców ta stoi, a kupiłam tą czarną, bo się lepiej korzysta.




Kolejna produkty to te do mycia ciała itepe. Już nie owijając w bawełnę wiecie, że lubię produkty Ziaja. Ładnie pachną, świetnie nawilżają i mają zajebiste opakowania. Takie proste w swej prostocie. Tutaj od lewej kremik do rąk, balsam, żel pod prysznic i żel do higieny intymnej. Używam już od lat i mam nadzieję, że nie śmierdzę.





Kolejne są maseczki. Uwielbiam maseczki, ale nienawidzę tych w płachcie, czuje się wtedy, jakbym miała worek na twarzy. Mamy maseczki z Ziaji, jakieś tam z Rossmanna, żelową w glucie, której nie polecam, chyba, że ktoś lubi gluty i dwie z Avonu, jedna szara, druga czarna na wągry i inne zanieczyszczenia jest fajna. Maseczki te uwielbiają wchodzić pod paznokcie.




Mam też peelingi. Jeden do twarzy i jeden do stóp. Jeszcze się nie pomyliłam. Polecam, bo ociekają swoją zajebistością i już raz zapchałam tym gównem odpływ, jak chciałam zrobić wszystko szybko pod prysznicem.




No i moje ulubione cienie do powiek i takie tam. Dwie paletki, jedna ma kolorów tyle, jakby jednorożec nasrał, a druga takie bardziej codzienne, metaliczne. Ta kolorowa ma bardzo dobrą tą no... pigmentacje. Z Wibo mam też takie coś do twarzy, świeci, brązuje... ale trzeba z tym uważać bo jak się tego nie wklepie, albo za dużo wklepie to ludzie się pytają czy Cię ktoś pobił, albo czemu masz takie brązowe na twarzy. Tak samo z tą paletką tam z Technic'a. Używam sporadycznie, bo wiem, ze coś zj#bie, a moja twarz będzie wyglądała jakbym wróciła z obozu dla psychopatów.





 Tutaj mamy perfumy. Pewnie większość z Was ma jakieś Lui coś tam, wersalcze i inne takie, ja mam jednak tańsze, bo ponieważ jakoś nie skupiam na to uwagi, a no i wspominałam, że jestem biedna. Od lewej mgiełka do ciała, nawet ładnie pachnie, później antyperspirant. Nie lubię tych w kulce, bo się wkręcają we włosy pod pachą (żartuje of course), zawsze używam tych samych. ,,Little Black Dress" to mój ulubiony zapach z Avonu, wcale nie dlatego, ze dostaje to za darmo od siostry... później reszta noł nejm i perfumetki, których używam do pracy, żeby nie śmierdzieć.




Tutaj są rzeczy do nawilżania. Dwa kremy do rąk u góry są z Avonu. Różowy na lato, ten drugi na zimę, chociaż oba mają takie same składy, to jak użyje aktualnie tego nie różowego (nie mam pojęcia co to za kolor) to pójdę do piekła, jak głosi etykieta, a na moich rękach wyrośnie huba. Nivea jest u mnie od zawsze. Liczę na to, że pod moim domem zrobią mi plac zabaw. Soraya ma fajny balsam, miałam też do niego żel, ale zgubiłam pod domkami. Fajny o ile ktoś lubi drobinki, które ciężko się wchłaniają w skórę. Wyglądają troszkę jak zeschnięte gluty z nosa (mam nadzieję, że nic nie jecie, jak tak to przepraszam). Pod Nivea mamy krem do twarzy, pełni swoją rolę, jest kremem i kładzie się na twarz. Ale serio polecam. I krem do stóp, co zmiękcza stopy. Pewnie dlatego mam rozmiar 36.




Ale się rozgadałam. Teraz produkty do oczu. Od góry te takie dwie kulki to cienie do powiek, takie na wyjazdy. Avon True kładzie się pod oczy, ale już mi się skończyło. Pokazałam bo ładnie wygląda. Dwie cienkie pałki to kredka do brwi z Wibo oraz pisak do powiek z Ingrid. To coś co wygląda jak tampon używa się do maskowania różnych rzeczy, ja na przykład cienie pod oczami po nocce. Mamy też tuż do rzęs. Nigdy nie wiem kiedy się kończy, bo wiecznie używam tego samego.



No i szminki. Nie ma Doris bez szminek. Najlepsze są te z Wibo ,,Milion Dollar Lips" chociaż ta po prawej jest koloru moich ust więc dupa. Ta z Avonu na dole to pisak do ust. Używałam go na festiwalu kolorów, aby napisać na kartonie ,,Kopa w dupę na szczęście".


Podkłady i inne takie to nie mój konik. Z resztą nic tu nim nie jest. Mam dwa tanie. Drogi mi się skończył i muszę mi się kupić *czytaj taki do 30 zł. Ale ten Ni coś tam z Biedry polecam. Reszta to jakieś pierdolety, a to zielone trzeba dobrze przykryć, bo będą się pytali ,,Dlaczego masz zielony nos?".





Tu czas na inne takie buble. Od lewej chusteczki do demakijażu, podłogi, ścierania kurzu, mycia rąk dzieciom, i czyszczenia pędzli do malowania. To u góry co wygląda jak bulbulator z przyczłapą w rzeczywistości ma ogarniać brwi. Ostatnio tak sobie ogarnęłam, że muszę sporo domalowywać. Coloriste używam jak mam pierdolca i chcę mieć różowe włosy i sztywne jak u lalki. Mark - ten skromny mężczyzna utrwala makijaż, chociaż nienawidzę tego psikać sobie w ryj. To ostatnie to chyba do włosów. Nie wiem. Ładnie wyglądało.


O, a tutaj pędzle których nigdy nie używałam. U góry pojemnik podróżniczy z pędzlami. Niektóre zgubiłam, a używam tylko trzy.





I jak Wam się podobał mój pierwszy kosmetyczny wpis? Zachęciłam Was do zakupu tych jakże drogich rzeczy? Mam ich w domu jeszcze masę, ale nie chciałam wszystkich pokazywać. Jak już wiecie nie nadaje się do prowadzenia bloga kosmetycznego, dlatego wielki szacun dla tych, którzy to robią. I oczywiście wpis nie miał obrazić kogokolwiek. 

Skomentujcie tam na dole, a kolejna dawka humoru będzie już w następny piątek! Jaki opis kosmetyku Wam się najbardziej podobał?




Pozdrawiam Kolorowo

Beatrycze




piątek, 2 sierpnia 2019

,,Kiedyś to było..." - czyli historia o Gdańskim Jarmarku.

Czołgiem! Z góry przepraszam za brak wpisu w poprzednim piątku. Był on spowodowany zwyczajnie brakiem weny twórczej, co się niestety czasami zdarza, ale pewnie w ogóle mało kto to zauważył. Dzisiaj wpis z serii ,,Kiedyś to było", bo... już dawno tego nie było. Zapraszam do czytania!

Każde większe miasto ma jakieś swoje sezonowe atrakcje i coś tam się u nich dzieje. Inni z przytupem zaczynają początek lata, jeszcze inni jego koniec. Kolejni mają dzień kolby kukurydzianej i skały, a reszta długie przeplatane jarmarki z dziwną historią i właśnie o nich dzisiaj będzie mowa, a konkretniej o Gdańskim Jarmarku Dominikańskim.


Mieszkam niedaleko tego miasta, które uważam za bardzo urocze i piękne (pomimo tego, że robią drogę już trzeci rok i wszystko jest w ch#j rozkopane) i mam do niego rzut beretem, a bardziej czapką z daszkiem bo bereta nie mam. Albo beretu, w sumie nie wiem.

Co roku pod koniec lipca i do połowy sierpnia jest organizowany tutaj Jarmark św. Dominika i spływa tutaj masa ludzi z różnych miast i musisz przez pół dnia szukać parkingu dla twojego ogromnego matiza. Jeśli cokolwiek znajdziesz, czujesz się jak król materaców. Albo czego tam chcecie i możecie sobie połazić po owym Jarmarku.

Charakteryzuje się tym, ze różni wystawcy i sprzedawcy mogą pokazać swoje produkty. Jedne są naprawdę ciekawe i nietuzinkowe, a inne to zwykły szajs. Od jakiś tam wypieków chlebka, jakieś własnoręcznie robione bransoletki, lizaki czy ubrania dla hipsterów. Jedno jest wiadome, cholernie wszystko drogie jest. Jeśli ktoś lubi antyki, jakieś obrazy to jest dla niego raj, może sobie poszukać fajne dzieła sztuki, rysowane również przez hipsterów z ASP dla hipsterów co nie umieją rysować, a dookoła unosi się zapach oscypek (podkreślam, że historia dzieje się na pomorzu), gotowanej kukurydzy i odrobiny potu od spoconych ludzi. Jest to również raj dla kolekcjonerów, oraz tych co lubią rzeczy typu hand made. Wiele z nich również zostawia ulotki, aby zamówić od nich przez internet. Jedną sobie wzięłam. Zgubiłam. Znalazłam. Wyprałam ze spodniami.

Przechodząc przez takie stoiska często zastanawiam się kto niektóre rzeczy kupuje... dużo z nich jest naprawdę dziwnych i niepodobnych do niczego, często nazywanych przeze mnie dynksem z przyczłapą do bulbulatora. Ogólnie cholera wie co to jest i do czego służy, ale jest stare i drogie to może się sprzeda.

Nie powiem, bo co roku odwiedzam ten Jarmark i czasami sobie jakieś ciekawe rzeczy kupię, bo też można takie znaleźć. Fajna tradycja, klimat i myśl dla Gdańska, chociaż ja chodzę tam raczej z sentymentu i ciekawości, a także spędzenia miło czasu z rodziną, czy znajomymi. Na zakupy raczej nie, bo i tak wiem, że niewiele kupie, a jak już coś znajdę to wiem, gdzie kupie to o wiele taniej.

Warto byłoby coś dodać o św. Dominiku. Nie mam pojęcia kim on był i dlaczego jest taki zajebisty. Mogłabym to wyguglować, ale pewnie Was to nie obchodzi, ani mnie nie obchodzi więc w sumie po co. A no i na Jarmarku też się nie dowiecie kto to był. Może jakiś zajebisty handlarz co zrobił sieć Auchan? A był święty bo robił ekstra promocje na parówki?

Kiedyś na jarmarku zwichnęłam sobie nadgarstek i mam wrażenie, że kiedyś się więcej działo, ale może to kwestia dorosłości. Albo nadgarstka. Dowiedziałam się tam, że nienawidzę lodów włoskich i odstających płyt chodnikowych, bo właśnie przez nie zaliczyłam glebę.

Nie wiem czemu, Jarmark kojarzy mi się z jesienią, chociaż do tej jeszcze kawałek czasu jest. Nienawidzę jej, bo potem idzie zima... czyli skrobanie szyb itepe. Ale o tym kiedy indziej. Wolę Gdańską odsłonę Jarmarku Bożonarodzeniowego, ale wielbicieli antyków, samego miasta, serdecznie zapraszam, bo prócz tego chaosu, jest wiele miejsc do zwiedzania, a w przeciwieństwie do Sosnowca, mamy dostęp do morza. 

Buahahaha!



Pozdrawiam Kolorowo


Beatrycze


PS: Wpis nie miał obrazić nikogo, został stworzony w celach humorystycznych. Opinia na temat Jarmarku jest wyłącznie moją opinią, każdy ma swoją, więc moją osobistą może sobie wsadzić tam gdzie plecy tracą swoją godność i zastąpić swoją. Nie chciałam również obrazić hipsterów, ludzi z Sosnowca, ani Magdy Gessler.




piątek, 19 lipca 2019

,,Cudowny chłopak i Ja - 3 cudowne historie" - recenzja książki.

Czołgiem. Dzisiaj kolejna recenzja, tym razem książki. Powiem Wam, że jest ona naprawdę świetna i dałam sobie duże wyzwanie, aby tak pouczającą i fajną książkę opisać w śmieszkawej odsłonie, jakim jest mój blog, ale mam nadzieję, że podołam temu.

Przed Państwem ,,Cudowny Chłopak i ja" - 3 cudowne historie... o Auguście pisałam już w ramach wpisu o najlepszym filmie, jaki kiedykolwiek dotąd widziałam i cały czas się tego trzymam. Autor jednak na samym początku był pisarzem, bo wyklekotał pierwszą część w formie książkowej, a dopiero później trafiło to do kina. Co ciekawe w Polsce było inaczej, najpierw film, a później książka. W zasadzie chciałam ją przeczytać, ale myślałam sobie, że czytanie czegoś, co już widziałam będzie jak oglądanie powtórek ,,Kuchennych Rewolucji" na telefonie z pełną krasą irytujących reklam w tle o lekach na biegunce. Doczekałam się jednak drugiej części, ponieważ byłam bardzo ciekawa, co u mojego bohatera dalej słychać.




Chciałabym od siebie tylko dodać, że pierwsza część ,,Cudownego Chłopaka" opowiada o Auggim, młodym chłopaku, który musi przezwyciężyć strach i iść w końcu do szkoły, a nie jest to łatwe, ponieważ jego wygląd znaczenie odbiega od wyglądu typowego chłopca. Więcej przeczytacie TUTAJ.

I teraz bum. Książka kupiona (kupiłam ją za kartę podarunkową z Empiku, co ją dostałam na urodziny, także nie wydałam znowu na jedzenie), a na początku dowiadujemy się, że to wcale nie są dalsze losy Augusta. No kurcze, to o czym będzie? Miś Puchatek? Egzorcyzmy Emily Rose, czy historia, albo bardziej trzy historie o tym, jak kiedyś neandertalczycy robili jajecznice? Nie do końca. Chociaż pewnie wiedzieliście, że o tym nie jest, to książka opowiada o trzech różnych przygodach najbliższych osób z otoczenia głównego bohatera o którym o dziwo jest mało w książce. Poznajemy losy i przemyślenia Christophera - najlepszego przyjaciela chłopca, Charlotte - najbardziej popularnej dziewczyny w klasie, a także Juliana, czyli chłopca, który okazał się być najbardziej złośliwy wobec Auggiego. Taka menda Paździoch trochę.

Każda z tych historii pokazuje, jaki każdy z nich jest naprawdę, co się kryje za popularnością Charlotte, a nawet za podłością Juliana - ta właśnie historia wydaje się dla mnie najciekawsza, chociaż o dziwo jest na samym początku.

Okazuje się, że każda z tych trzech osób ma jakieś swoje własne problemy i swoją własną historie. Pierwsza część książki pokazuje wszystko, co dotyczyła chłopca i jego problemów, teraz dowiadujemy się, jak na niego reagowało jego najbliższe otoczenie, a także z czym oni sami się zmagają. Dowiadujemy się, że czasami ludzka nienawiść do drugiej osoby jest spowodowana czymś innym, niż sama niechęć do innego człowieka. Boże jak ja to mądrze napisałam. Prosimy o brawaaa!

Nie chcąc spojlerować napiszę tylko na przykładzie Juliana, który w pierwszej części okazał się być złośliwy i pozostał w pamięci wszystkich jako osoba wredna i samolubna. On we własnej historii pokazuje dlaczego tak zachowywał się, a nie inaczej i nie wszystko jest jego winą. Owszem, nie można mu do końca wybaczyć podłego nabijania się z chorego chłopca, ale czytając jego historię, dowiadujemy się, że Julian łatwego życia wcale nie miał i trochę, a nawet bardzo odbiło się na jego zachowaniu.

Historia piątoklasistów toczy się w różnym czasie. Czasami trafiamy do początku historii, a w innej opowieści, jest już po roku szkolnym. Troszkę uczucie, jak się upije. Nie wiem gdzie jestem, ani co robię, ani właściwie dlaczego mam na sobie sweter ze świętym Mikołajem we wrześniu (autentyk, może kiedyś Wam opowiem).

Dowiadujemy się, czym są diagramy Venna. O nich więcej pitolić nie będę. Wezmę łyk kawy (jestem po nocce wybaczcie) i po prostu wkleję Wam to zdjęcie, a Wy ogarniajcie, niczym matmę.




Książka gruba, jest fajną podkładką pod myszkę, i ma sympatyczną grafikę. Jednak naprawdę można się z niej dowiedzieć wiele. Ile razy zastanawialiśmy się, dlaczego ktoś od tak jest dla nas wredny? Może on sam odreagowuje na nas problemy? Albo może zazdrościliśmy komuś popularnemu, a nie do końca wiemy, że jego życie to koszmar, a my w tym czasie płaczemy nad kanapką, która upadła serem do dołu?

Historia zmyślona, jednak ma w sobie zdziebko prawdy. Raczej nie doczeka się ekranizacji, jednak gdyby takowa była, to sobie zaklepuje miejsce w pierwszym rzędzie (żartuje, pierwsze są do dupy, zawsze mnie boli szyja).

Zetknęliście się już z historią Auggiego? W księgarniach jest jeszcze dostępna książka z cytatami, chociaż nie wiem kto takie rzeczy kupuje. Ogółem polecam i dodam, że fajnie wyglądacie w miejskim autobusie z książką w ręku. Tak... mądrze.


A dzisiaj chciałabym pozdrowić w szczególności osoby, które czytają mojego bloga i w wakacje wybrały się do mojego miasta - Gdańska. Strasznie dużo Was w tym roku tam jest :D. I nikt mnie jeszcze nie zaprosił na kawę?


Pozdrawiam Kolorowo


Beatrycze


piątek, 12 lipca 2019

Misja Bułgaria - Słoneczny Brzeg

Czołgiem! Dzisiaj troszkę dłuższy post, bo zabawie się na chwilę w autorkę bloga podróżniczego i zabiorę Was na Słoneczny Brzeg z odrobiną humorku i dystansu do siebie. Także bez zbędnego klepania zapraszam!
Napompowany rogalik w samolocie

Do tej wycieczki szykowaliśmy się dosyć długo, bo aż od lutego. Pierwszy raz brałam wycieczkę ze strony fly.pl i nie do końca wiedziałam czego oczekiwać, właściwie zaczęło mnie drażnić to, że wszystkie informacje dostaliśmy dzień przed wylotem... ilość bagażu, data wylotu, wcześniej były nieznane. A to jednak nie podróż zatłoczonym PKS, gdzie starsza babka zamyka wszystkie okna w upale bo jej wieje, a samolotem, więc bałam się, że zostaliśmy po prostu oszukani. Szczęście w nieszczęściu nic takiego się nie wydarzyło i wszystko było okey, także zaczynaliśmy z dwojgiem moich znajomych całkiem ciekawą przygodę.

Nasz hotel

Lot był całkiem miły, lecieliśmy z Gdańska do Burgas, gdzie to drugie lotnisko wołało o pomstę do nieba. Niestety podczas lotu nie przyszła moja zamówiona pizza z Gdańska. Na dodatek stresu dostaliśmy, kiedy nie ,,przyjechały" nasze walizki, okazało się jednak, że nasze mózgi nie poszły tam gdzie trzeba i nasze ubrania się znalazły. Po chwili dziwnym autobusem w klimacie Polskiego Gryfa udaliśmy się pod hotel, który wyglądał po prostu bajkowo. Miał przepiękną aulę, stołówkę, dwa ogromne baseny, dwie knajpki z drinkami, SPA i ogólnie jak miałeś wykupione all inclusive (nie wiem, czy tak się to piszę) to mogłeś wszystko. Pokój mieliśmy na piątym piętrze i tu zaczynała się zabawa, ponieważ winda była bardzo ciasna (wyobraźcie sobie trzy upchane osoby i nadmuchane ogromne koło do pływania), a na dodatek lubiła się zatrzymywać co piętro (bo ktoś wcisnął przycisk i wsiadł do innej), także podróż czasem trwała jak z Gdańska do Krakowa.
Głazy i jeden pustak.

Pokój do najlepszych niestety nie należał. Nie był dość duży, ale miał dziwne, dosyć nieprzyjemne łóżka. Było nawet schludnie, ale jednak troszkę inaczej, niż w broszurce internetowej. Ale koniec końców mieliśmy tam tylko spać i nie było tragedii. Wykupiliśmy jedzenie, które było naprawdę bardzo dobre. Najbardziej zachwalałam ich zupy, czy bułeczki, ale kurczaki też robili całkiem niezłe. Wszystko było. Na śniadania przychodziliśmy jako ostatni, a na kolację jako pierwsi.

Ogólnie jedzenie było dostępne też na Pool Barze do godziny 17, czyli za dnia tylko od 17 do 18 nie było dostępnego jedzenia w hotelu. A teraz zagadka. Zgadnijcie w jakiej godzinie nasza ekipa była najbardziej głodna?
Jedna budowla z wycieczki do "starych rzeczy"


Jeśli chodzi o basen to był bardzo fajny i czysty. W sumie były dwa, ale w jednym się nie kąpałam bo było od 170 cm, a że ja nie umiem pływać to wiecie... słabo (stąd kupno koła). Drugi miał w sobie brodzik, później było wody jakoś do metra, a na końcu 150 cm i ten mi najbardziej odpowiadał, chociaż nie powiem, że w morzu, które mieliśmy bardzo blisko lepiej mi się kąpało, było baaardzo ciepłe. Jeśli chodzi o minusy basenu to fakt, takich dziwnych płytek, strasznie bolały w stopy, a i ja się w kostkę zraniłam (pochucha ktoś?) na szczęście plastry, gaza i podręczne nosze ogarnęły sprawę.


Jedzenie nieopodal też bardzo smaczne, chociaż ja tam i tak zamawiałam swoją ulubioną lasagne, czy spaghetti. Mieli też bardzo dobre drinki i kawę. Jeśli umiecie drinki popić kawą to jesteście mną. W tym momencie chciałabym pozdrowić znajomą, co zamówiła Hot Milk, myśląc, że to jakiś ciekawy mleczny rodzaj drinka. 
Jeden z dwóch basenów przy hotelu


Na imprezach troszkę się ululałam, i wmówiłam Anglikowi, że najlepsza Polska potrawa to mielonka (co fajnie wymówił), a nasza ulubiona piosenkarka to of course Maryla Rodowicz. Na dodatek z balkonu krzyczeliśmy "Haba! Znacie Ever'y Night?", także nasza rodowita cebula również się włączyła. Przepraszam wszystkich Polaków to wina alkoholu była. Już więcej nie będę piła. Natomiast koleżanka wyrżnęła ręcznik na sąsiada pod dołem z balkonu.

Z większych atrakcji byliśmy na golfie... oczywiście przegrałam tracąc miano mistrza, a i prawie wyleciałam z dmuchanego... takiego czegoś. Byliśmy też w starym mieście Nessebar i oglądaliśmy stare rzeczy i budowle. Nie jestem fanką takiego spędzania czasu, ale na pewno miło było zobaczyć takie miejsca jak już się tu jest. Zawsze mówię, że idę zwiedzać stare rzeczy i po prostu tuptamy sobie jak pingwinki z punktu A do B. Najbardziej rozśmieszyło mnie zwiedzanie dziury, nad którą było rozwieszone pranie. Wyobrażacie sobie tłumy ludzi, którzy oglądają Wasze majty?



Polscy miłośnicy alkoholu byli tam witani faktem, że Lewandowski pije piwo, Pudzianowski też to i my możemy. Raz wypiłam tam piwo, ponieważ dostałam taki duży kufel, że mogłabym tam sobie zrobić jacuzzi. Podczas picia tego specyfiku dwa razy musiałam do toalety.
Kolorowa plaża.

Jeśli chodzi o ceny to na pewno jest taniej, niż we Włoszech, ale wiadomo, drożej niż u nas. Za lasagne zapłaciłam 13lv, (co wcale nie oznacza, że trzeba mieć 13 level, aby to kupić...) co jest na nasze jakieś 28 zł, czy nawet ujdzie. Magnesy można było kupić za 1 lv, a piwo tylko za trzy i to całą wannę :). Apropo moja kuzynka chciała ode mnie magnez z wyjazdu, to się zdziwi, jak dostanie w tabletkach.

Dla osób, które lubią podróżować w sensie takim, że się opierdalać, polecam jak najbardziej. Słońce, plaża, dobre jedzenie... natomiast dla tych bardziej pingwinków zwiedzających, jednak odradzam. Tak czy siak dla mnie to była ogromna przygoda, warta swoich pieniędzy! 


A teraz czas po urlopie wrócić do pracy (smuteczek). A Wy jak spędzacie urlopy, wakacje, wymuszone l4? :)



Pozdrawiam Kolorowo

Beatrycze

Zapraszam również do mojej poprzedniej historii! -> KLIK








piątek, 5 lipca 2019

Program ,,Mam Talent" z perspektywy widza.

Czołgiem. Ostatnio wpisu nie było, bo byłam na wakacjach o których opowiem innym razem, dzisiaj natomiast skrobnę o tym, co działo się w połowie czerwca. Mam nadzieję, że spodoba Wam się ta historia, zróbcie sobie popcorn, czy coś, może kakao...

Widok z balkonów.

Działo się to dzień po spotkaniu autorskim o którym pisałam dwa tygodnie temu. Było słonecznie, gorąco, że żar leciał kawałkami metalu z nieba, a my wybraliśmy się na dwa dni programu ,,Mam Talent" do Gdańskiego Teatru Wybrzeże, gdzie odbywały sie castingi. Żeby nie było nieporozumień - nie mam talentu (chyba, że szybkie wyciąganie parówki z folii się liczy), poszliśmy jedynie zobaczyć jak to wszystko wygląda z perspektywy widza. O niektórych rzeczach nie będę i nie za bardzo mogę pisać, np. o tym kto będzie w kolejnej edycji, czy kto dostał złoty przycisk i co konkretnie tam robiłam, ale postaram Wam się pokazać, jak to wygląda od środka.


Ten program oglądam już po raz milionowy z takiej perspektywy. Zaczęłam już, albo dopiero w 2013 roku i w każdym roku przyglądam się nowym, często dziwnym talentom. W tym roku było podobnie i chociaż całość jest męcząca to na pewno, jeśli ktoś jest fanem takiego programu to warto.

Można zobaczyć, jak to wszystko wygląda od środka, jak nagrywają kamery, zerknąć, czy jury faktycznie wygląda tak samo w telewizji, jak i na żywo, a także pośmiać się z występów, które oglądamy na scenie, a nie w wersji domowego odbiornika. Siedzimy sobie wygodnie na widowni i wszystko oglądamy, a jest naprawdę śmiesznie.





Kilka rzeczy, które różni się od tych, co widzimy w telewizji to chyba ilość widowni. W telewizorze wydaje się, że ludków jest więcej, w rzeczywistości ludzie siadają tak, aby właśnie takie złudzenie dawać. Podobnie jest z klaskaniem. Faktycznie zachęcają nas, kiedy mamy klaskać czy wstawać, ale w praktyce, niektórzy wstaną po występie, a inni nie, bo nie chcą aby teatralny fotel im się zgiął w połowie (ja też tego nienawidzę, zawsze gdzieś tam wpadnie mi telefon, albo szynka). Także na początku, jeszcze przed przyjściem jury do studia, nagrywane są oklaski, smutaski, okrzyki i inne takie, co wygląda całkiem śmiesznie, kiedy nikogo nie ma na scenie. Szczególnie gdy aktorsko widzisz ludzi, którzy krzyczą "buuuu" na -zły występ- i się uśmiechają. Oczywiście już przy występach wygląda to naturalniej.

Pomiędzy uczestnikami, których jednego dnia jest około 30 dba o widownie ekipa, która zabawia ludzi i można czasami sobie coś wygrać. Przede wszystkim można zobaczyć, jak wygląda telewizja od środka, a przy tym naśmiać się, bo poziomy występów czasami są jak to moje wyjmowanie parówki z folii.

Od 2013 roku niezmiennie uczestniczę w tym programie i, choć męczące, to jeszcze mi się nie znudziło. W tym roku będę jeszcze jesienią na nagraniach na żywo, więc i pewnie wtedy coś opowiem. W tym roku jeszcze nie odbyły się jedynie castingi w Warszawie, także serdecznie zapraszam, gdyby ktoś był zainteresowany udziele więcej informacji!





,,Mam Talent" choć program już troszkę ma lat to wydaje mi się, że niezmiennie zaskakuje, bo jest tu wszystko i ciągle przychodzą jakieś nowe perełki pokazujące coś, czego nie było. W innych programach jest jedna dziedzina, a tutaj mamy wszystko, a i oglądalność jest bardzo wysoka, pewnie właśnie dlatego. No i mamy świetne jury i prowadzących z dystansem do siebie i świata. To się bardzo ceni i właśnie dlatego lubię oglądać ten program i zasiadam co roku na widowni. Ci, którzy obserwują mnie na instagramie (CzlowieczekDemoleczka) troszkę szybciej wiedzą co się dzieje w moim małym wielkim świecie, dlatego zapraszam do obserwowania!

Czerwiec był ciężkim i pracowitym miesiącem, ale już za tydzień zapraszam na kolejny wpis!

A co tam u Was słychać? Jak pogoda duszki?



Pozdrawiam Kolorowo


Beatrycze




Co ja gryzmole? - Mały Książe w nowej odsłonie.

Czołgiem! Dzisiaj po dłuuuuuugim czasie kolejny wpis z serii ,,Co ja gryzmole".Znowu przyszła mi ochota na malowanie, nawet kolejne dwa...